sobota, 5 stycznia 2013

Wstęp


Przyznaję bez oporów: „Legenda”, ta szczególnie ceniona przez fanów Armii płyta zespołu, fascynuje i mnie od dwudziestu bez mała lat. Zawsze też uważałem, że jest to album wyjątkowy, że przemawiają przez niego rzeczy archaiczne i uniwersalne, że „Legenda” dotyka czegoś, co kryje się w podświadomości człowieka. Nieraz też zdarzało mi się natrafiać na konteksty, które potwierdzały te intuicje, które rzucały na „Legendę” światło, w blasku którego ukazywała ona różne swoje ukryte sensy, wymiary i głębie. Intrygujące było to, że większość owych inspirujących odniesień, podobieństw czy analogii, odnajdywałem w regionach, które dość rzadko łączą się, w sposób aż tak istotny i organiczny, z twórczością rockowych artystów, jak w przypadku tego albumu.

Pisząc niniejszy tekst chciałem zbliżyć się do tego, co na „Legendzie” „wyłania się jakby spoza słów - jak mówił kiedyś Tomasz Budzyński - czego jakby tam nie ma, a co narzuca się z nieodpartą siłą”. Jest to coś całkowicie nieuchwytnego w kategoriach muzycznych, tekstowych czy nawet duchowych – pisał na forum internetowym Armii użytkownik Crazy - coś może pierwotnego, a może sacrum (…), a Legenda jest w samym środku tego czegoś”. W tym trudnym zadaniu musiałem zadbać o odpowiednich przewodników. Najważniejszym z nich był chyba Mikołaj Bierdiajew. A sam tekst zbiera większość nagromadzonych przez lata wątków i odniesień, odnajdywanych w rozmaitych dziełach. Prezentuje więc różne konteksty - od odniesień kulturowych, przez mitologiczne i etnograficzne, aż po filozoficzne czy religijne. Pewne zagadnienia powracają w kilku ujęciach. 

Tekst na potrzeby tego bloga został okrojony o większość przypisów. Dlatego w tym miejscu chciałem wymienić najważniejsze książki, dzięki którym cała rzecz powstała. Na początek prace wspomnianego już Bierdiajewa: "Filozofia wolności" oraz "Autobiografia filozoficzna". Dalej "Świat poety. Rozmowy z Josifem Brodskim", "Traktat o historii religii" oraz "Sacrum i profanum" Eliadego, "Mitologia Słowian" Gieysztora i "Religia Słowian" Szyjewskiego. Do tego "Opowieści chasydów" Bubera, "Kierkegaard i filozofia egzystencjalna" Szestowa, "Drabina Jakubowa" Bułgakowa, "Filar i podpora prawdy" oraz "Ikonostas i inne szkice" Pawła Florenskiego, a także dwie prace Evdokimova: "Kobieta i zbawienie świata" oraz "Prawosławie".

           Można oczywiście stwierdzić, że cała rzecz jest jedynie „dorabianiem ideologii” do rockowej płyty, w której chodzi przecież przede wszystkim o „czad”. I na ten aspekt muzyki zespołu pozostaję wrażliwy, a doszukując się innych sensów „Legendy” nie roszczę sobie praw do obiektywizmu, przedstawiam po prostu własną przygodę, drogę intelektualną, inspirowaną twórczością zespołu Armia. Czytelnik sam oceni na ile bieg jej odpowiada rzeczywistości.

                                                                                                                           Witold Zimowski

1. Stanclewo i Noreńska: wątki peryferyjne


Tomasz Budzyński, jeden z twórców „Legendy”, niejednokrotnie wspominał, że płyta ta rodziła się niespiesznie i naturalnie, z dala od zgiełku miast, wśród pól i lasów, a dokładnie w kolonii Stanclewo na Mazurach. Tam właśnie, w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, osiedliło się wiele osób związanych z zespołami Armia i Izrael, tworząc, można powiedzieć, artystyczną komunę. „Żyło się tam w innym czasie, innym rytmem – wspomina Budzyński - jestem pewien, że w takich warunkach powstaje muzyka inna niż w mieście”. „Gdy nagrywaliśmy gitarę w utworze "Legenda", w nocy podczas przerwy, przez otwarte okno usłyszeliśmy zawodzący śpiew ptaka. I Robert powtórzył ten dźwięk na gitarze, za chwilę już to graliśmy”.

Historia pełna urody, można powiedzieć nawet pastoralna. Trzeba jednak wspomnieć o jej ponurym tle: PRL, lata po stanie wojennym. I również czasy wcześniejsze: okres rządów Gomułki, Gierka, Jaruzelskiego, kiedy dojrzewali autorzy płyty. W tym kontekście ich życie „poza miastem”, prowadzenie działalności artystycznej można niewątpliwie uznać za formy kontestacji, za aktywności dysydenckie. Chcąc zagłębić się w genezę płyty musimy zająć się tym problemem, a naszym przewodnikiem będzie przez chwilę Josif Brodski. Okazuje się bowiem, toutes proportions gardées, że wiele z jego refleksji, dotyczących człowieka i jego funkcjonowania w ramach opresyjnego systemu, bardzo pasuje do zespołu Armia, szczególnie w odniesieniu do czasu, który nas interesuje.

Brodski charakteryzował siebie jako, przede wszystkim, człowieka prywatnego, unikającego wszelkich natręctw życia społecznego. Postawa taka zaważyła oczywiście na jego losach, przynosząc, w praktyce życia w ZSRR, represje: zesłanie, a później wygnanie. Tłumacząc genezę swojej postawy, przyczyny wyłączenia siebie z systemu (np. nagłe, podczas lekcji, porzucenie szkoły), wspominał on o uleganiu instynktowi. Mówił prosto: „chłopiec, który chciał wywalczyć sobie własny, najbliższy los, miał przed sobą jedyną drogę – wypaść z kolein”. W innym miejscu, ujmując rzecz ogólniej, stwierdzał: „Jednostka winna ignorować okoliczności. Odwoływać się do kategorii mniej lub bardziej ponadczasowych. Bo kiedy zaczyna się redagować – w ramach tego, co na dzień bieżący dozwolone bądź niedozwolone – własną etykę, moralność, to istna katastrofa”. Sam zwykł odwoływać się przed wszystkim do tego, co wypływa z wnętrza człowieka, a także do kultury (szczególnie tej związanej z językiem), która, jak twierdził, wyprowadza jednostkę w kierunku tego, co indywidualne i ponadczasowe. „Język i – jak się zdaje - literatura to rzeczy starożytne, bardziej konieczne i długowieczne aniżeli jakakolwiek forma organizacji społecznej – mówił wobec Akademii Szwedzkiej - oburzenie, ironia lub obojętność, z jakimi literatura często-gęsto odnosi się do państwa, są w istocie reakcją tego, co stałe a właściwie nieskończone na to, co przemijające i ograniczone”. Podkreślając zaś znaczenie wyłączenia się, uwolnienia spod wpływu bieżących zjawisk, powiadał (już w innym miejscu): „Uciekając ku peryferiom, oddalasz się od wszystkiego i trafiasz na świat autentyczny”. W jego przypadku ową sferą peryferyjną stało się miejsce zesłania. Autor „Wielkiej elegii dla Johna Donne’a” wspominał ten okres swojego życia jako, paradoksalnie, jeden z najlepszych. Podkreślał wagę zetknięcia się z życiem silnie podporządkowanym rytmowi przyrody, z zupełnie innym rodzajem trwania człowieka w czasie, które, jak pisał, może rozbudzać specyficzne intuicje. „I ujawnia się w tobie – wspominał mimochodem - jakby prehistoryczna pamięć epoki lodowej, takich tam rzeczy”. Pisał również o samej Północy: „Człowiek nie ma tam nic do roboty – ani jako ruchomy składnik pejzażu, ani jako widz. Bo i co tam zobaczy? Ale ta niebywała monotonia wyjawia w efekcie to i owo o życiu i świecie”. Bo też „im mniej mózg dostaje informacji, tym wydatniej pracuje wyobraźnia”. Posługując się taką logiką mógł też głosić, że „peryferie – to nie kres, ale punkt wyjścia świata. Koniec zwykłego, lecz początek niezwykłego świata, rzecz jasna, nieskończenie większego”.




Trudno oczywiście porównywać obwód archangielski z powiatem olsztyńskim, gdzie położone jest Stanclewo, ale też w naszym odniesieniu do Brodskiego nie idzie o porównywanie losów czy sytuacji artystów. Chodzi raczej o sformułowane przez rosyjskiego poetę zasadnicze kategorie, o tę szczególnie ugruntowaną hierarchię wartości, której jako człowiek i artysta pozostawał wierny. „Legenda” jest płytą, która do owych hierarchii i kategorii wyjątkowo pasuje. Jej jądro stanowi przecież odwołanie się do tego, co starożytne i ponadczasowe, do tego co stanowi indywidualne przeżycie, a co rodzi się w długotrwałym kontakcie z rytmem przyrody. Prócz wyraźnych nawiązań do różnych (często podskórnych) prądów, oraz wiekowych (lecz żywych!) nurtów euroazjatyckiej kultury, dostrzec można w „Legendzie” (czego zresztą postaramy się jeszcze dowieść) realizację koncepcji Schulza, który pisał (w jednym z listów do Witkacego), że sztuka jest „sondą zapuszczaną w bezimienne”, że „korzenie indywidualnego ducha, dostatecznie głęboko w głąb ścigane, gubią się w mitycznym jakimś mateczniku”. Oś świata, o którym opowiada płyta (a zapewniam, że nie jest to jedynie literacka metafora), przebiega właśnie tam, z dala od spraw państwa czy społeczeństwa, w regionach silnych, tajemniczych wrażeń i odczuć, chciałoby się nawet powiedzieć „w regionach wielkiej herezji”.

Odetchnięcie wolną, (wie)czystą, nasyconą ozonem atmosferą tego świata przynosi ogromną satysfakcję.

2. „Legenda” jako dzieło sztuki romantycznej

Zacznijmy jednak naszą rzecz elementarnie, od znaczenia samego tytułu płyty. Legenda, ujmując encyklopedycznie, jest to „opowieść z życia świętych, bohaterów, przesycona elementami fantazji, często osnuta na wątkach ludowych i apokryficznych, rozpowszechniona w średniowieczu”. Utwory o podobnym charakterze, lecz pochodzące z epok późniejszych - czyli takie jak nasza „Legenda” - określa się zwykle jako romantyczne, a to dlatego, że ich awanturniczo – miłosną treść i fantastyczny charakter (odnoszący się do czucia, wiary i wyobraźni), wywodzi się wprost ze średniowiecznego romansu rycerskiego.

Jeśli przyjrzeć się „Legendzie” i romantycznym teoriom sztuki, to okaże się, że płyta ta pozostaje w zgodzie z wieloma z nich. To ciekawe, bo przy okazji można zobaczyć jak wiele romantycznych koncepcji artystycznych pozostaje aktualnymi do dziś. Ale wydaje mi się, że charakter „Legendy” jest jednak w gruncie rzeczy dalece bardziej romantyczny niż byśmy się tego spodziewali. Rzućmy tylko okiem na katalog postulatów stawianych przed twórcami w epoce romantyzmu: wywołanie wstrząsu u odbiorcy; maksymalizowanie ekspresji; przełamywanie dotychczasowych podziałów gatunkowych; łączenie rozmaitych dziedzin sztuki w organiczną całość (idea correspondence des arts), swoista wizyjność sztuki, jej intuicyjność. To wszystko łatwo znaleźć na „Legendzie” - tak w wersji płytowej, jak i w jej realizacji scenicznej (gdzie pojawiają się dodatkowo gest, strój czy elementy scenograficzne). W zgodzie z romantycznym duchem pozostaje też pełen niesamowitości nastrój płyty oraz sceneria, w której  wszystko się rozgrywa: malownicza, posępna i groźna. Pustkowie, las, ciemność oraz gwałtowne zjawiska przyrodnicze, takie jak wiatr i burza, do tego gotyckie elementy krajobrazu: dzwon na wieży, starodawne ruiny.



„Legendę” z romantyczną tradycją łączy również to, że zwrócenie się ku pustkowiu, ku pierwotnym siłom natury, ma związek nie tylko ze skłonnością do samotności, z melancholią, choć to też jest ważne. Pustkowie okazuje się być tu również istotnym miejscem inspiracji, jest to - jak powiedziano by w XIX stuleciu - sfera objawień Ducha. Trzeba przy okazji zaznaczyć, że romantycy zapuszczali się chętnie również w inne pustkowia, inne pogranicza, bardzo poważnie podchodząc do snów, marzeń, przeczuć, a także spirytyzmu. Interesowały ich przy tym wytwory kultury ludowej, rzeczy archaiczne, w których dopatrywali się szczególnej mądrości, oraz czegoś, co dziś można by nazwać przejawami zbiorowej podświadomości. I ta skłonność znajduje swoje odbicie na płycie, o czym przyjdzie nam jeszcze rozprawiać.

3. „Legenda” a „Oda do młodości”...

Skoro jednak dotknęliśmy już, niby przypadkiem, kwestii archetypów: warto zauważyć, że na „Legendzie” da się odnaleźć elementy wizji świata zaskakująco zbieżnej z tą, którą zawarł Mickiewicz w swej „Odzie do młodości”. Podobieństwo dotyczy wielu istotnych kwestii: struktury świata przedstawionego, jego kondycji czy też stabilności, symboliki służącej opisowi tego świata oraz sytuacji w nim człowieka - konkretnie bohatera utworu.

Świat przedstawiony na „Legendzie” ma układ trójdzielny i wertykalny. Tę pionową oś rysują nam na płycie słowa otwierające piosenkę „Przebłysk”: „Oko do nieba, do ziemi trup / Pomiędzy tym żałosna lampa słów”. Rysunek jest rudymentarny, ale da się zeń odczytać właśnie tę trójdzielną konstrukcję kosmosu: od groźnego świata podziemnego, przez świat naziemny, zamieszkany przez ludzi i dostępny ich zmysłom, aż po sfery niebiańskie (ku którym spogląda się z tęsknotą, nadzieją, ale też niekiedy z rozpaczą). U Mickiewicza jest podobnie: mamy tam złowieszczą głębię „wód trupich”, na której zasadzają się „kraje ludzkości”, powyżej których istnieją (?) „rajskie dziedziny”.


Środkową strefę świata Mickiewicz opisuje jako „obszar gnuśności zalany odmętem”, morską kipiel, w której życie człowieka, w każdej chwili, może prysnąć jak bańka. Skoro „Jednym  s t a ń  s i ę  z bożej mocy / Świat rzeczy stanął na zrębie”, to co będzie, gdy Słowo zostanie cofnięte? „Co było stworzone, zniszczonym być może” – dopowiada bohater „Legendy” („To czego nigdy nie widziałem”). Ów motyw poczucia nietrwałości świata, przeczuwania możliwości jego zniszczenia, pojawia się na „Legendzie” również w „Opowieści zimowej”, o czym jeszcze będziemy mówić.

Świat na płycie i w „Odzie” został przedstawiony nie tylko jako zagrożony i niepewny, ale również jako niski, ograniczony, niewystarczający. Mickiewicz nazywa go „martwym”. Podobnie bohater „Legendy”: śpiewa o „jałowej ziemi” i wyraża nadzieję, że jest „nie z tego świata”. Negatywna diagnoza rzeczywistości owocuje charakterystycznym dla bohaterów obu utworów dążeniem ku wyższej rzeczywistości, ku tym Mickiewiczowskim „rajskim dziedzinom”, które, jawią się ułudą, a już na pewno znajdują poza zasięgiem wzroku i rozumu („Tam sięgaj, gdzie wzrok nie sięga; / łam czego rozum nie złamie”). Na „Legendzie” bohaterowi płyty również chodzi właśnie o „to, czego nigdy nie widziano”, o to, o czym powiedzieć można „tyle co nic”.

Bohaterowie obu utworów zdają się jednak łączyć różne sfery kosmosu. Wychodzą – myślą, przeczuciem - poza bezpośrednio dany zmysłom świat. Widzą zagrożenia płynące ze strony świata niższego, ale sięgają też – wyobraźnią, intuicją, marzeniem - wyżej, ku owej nadrzeczywistości. Z tego wyrasta ich bunt, ich sprzeciw wobec ograniczonej rzeczywistości – kolejny wspólny element obu utworów. Bunt ten ma wymiar głównie indywidualny, ale również, powiedzmy, społeczny – jako że wypływa także z poczucia solidarności z innymi ludźmi, którzy „cierpią na nizinach życia” (jak powiedziałby Bierdiajew). Mówi o tym na przykład druga zwrotka piosenki „Kochaj mnie” („ktoś biedny i sam – kto chleba mu da?”), którą wieńczą słowa: „słuszny gniew - zaciskaj pięść”. Podobnie szorstko brzmi również Mickiewicz, gdy mówi: „Gwałt niech się gwałtem odciska”. Pobrzmiewają tu w obu przypadkach nawiązania do tradycji rycerskiej, która w czasach romantyzmu, jak wiemy, została zrehabilitowana. Pewną dozę „szlachetnego barbarzyństwa” z nią związaną, stawiano wówczas w opozycji do zbyt płaskiego, zracjonalizowanego świata. Usprawiedliwiano też gwałtowność w obronie „słusznej sprawy”. Symbolika rycerska pojawia się na płytach Armii dość często: miecz, koń, chorągiew. Płycie „Legenda” patronuje przecież Don Kichot! A do charakterystyki bohaterów obu utworów trzeba dodać jeszcze tę młodzieńczą śmiałość, ufność we własne możliwości i siły, wiarę we własne, subiektywne przeczucia. Te właśnie cechy pozwalają im rzycać śmiałe, junackie wezwania: „Światło! Świeć!” albo „Młodości! Dodaj mi skrzydła!”.


Pokrewieństwo „Ody” i „Legendy” daje się zauważyć także w stosowanej w obu utworach symbolice. Jednym ze znaków, który pojawia się tu i tu, niesłychanie pozytywnym, jest orzeł. „Orla” jest „potęga lotów” młodości u Mickiewicza, a bohater „Legendy”, zwracając się ku swej  Inspiracji, śpiewa: „Jak orzeł spadasz na zdobycz / Ofiarą jestem ja / I piórem z twojego skrzydła / Na wodzie rysuję ślad” („Niezwyciężony”). Istotniejsze dla nas będzie jednak podobieństwo symboliki związanej z czasem, z kalendarzem, z porami roku. Zasadnicza część opowieści Armii rozgrywa się w zimie, „w długą zimową noc”. U Mickiewicza podobnie: „w krajach ludzkości jeszcze noc głucha” pisze młody wieszcz, a przedstawiając wizję pożądanej zmiany, cieszy się, że „pryskają nieczułe lody”. Ta zmiana ma być dziełem „młodości”, której ramię jest „jako piorun”. A „Legenda” kończy się właśnie wiosenną burzą, której towarzyszą uderzenia piorunów („Dla każdej samotnej godziny”).

Podsumujmy: nakreśliliśmy na razie obraz „Legendy” jako dzieła, będącego owocem wewnętrznych perypetii w warmińsko – mazurskiej scenerii, odmalowującego, zgodnie z zasadami sztuki romantycznej, pewną wizję świata: kosmologiczną strukturę, która wpisuje się jakoś w cykl roczny. Tytuł płyty, niosąc nawiązania do średniowiecza i romantyzmu, okazał się być bardzo adekwatnym. Widzimy też, że pewne elementy wizji zawartej na płycie nie są czymś oderwanym od korzeni naszej kultury.

Teraz spróbujemy sięgnąć jeszcze bardziej w głąb. Czy też wzwyż.

4. Solstycjum i ekwinokcjum, albo wątki mitologiczne „Legendy”

W swym „Traktacie o historii religii” Mircea Eliade zawarł następujące spostrzeżenie: „Już proste wpatrywanie się w sklepienie niebieskie wzbudza w świadomości człowieka pierwotnego przeżycie religijne”. Eliade mówił też o znaczeniu takiego aktu dla świadomości człowieka: „Takie proste wpatrywanie się, kontemplacja, równa się objawieniu. Niebo objawia się w całej swej rzeczywistości: nieskończone, transcendentne. Sklepienie niebieskie jest w najwyższym stopniu „czymś całkiem innym”, różnym od tego maleńkiego skrawka ziemi, który zajmuje człowiek i jego przestrzeń życiowa”. Rumuńskiemu religioznawcy wtórował Aleksander Gieysztor: „Niebo jako sklepienie gwiaździste i słoneczny bezmiar powietrzny miało i ma zawsze najwyższą wartość mitotwórczą i w ogóle religijną. (…) Niebo objawia mianowicie bezpośrednio każdemu patrzącemu nań w dzień i w nocy swoją moc sakralną wychodzącą ponad człowieka, prowokuje swym widokiem najgłębsze ludzkie zadziwienie światem”.

Przywoływane już słowa „Przebłysku” doskonale współbrzmią z powyższymi cytatami: „Oko do nieba / Do ziemi trup / Pomiędzy tym żałosna lampa słów / Cały mój świat nie znaczy nic”. Jestem przekonany, że „Legenda” jako całość jest w dużym stopniu owocem takiego pierwotnego, można powiedzieć archetypicznego, doznania, opisywanego przez religioznawców. Takie właśnie doświadczenie, które przenika świadomość, ale dotyka też tego co podświadome, ma moim zdaniem dla „Legendy” - dla jej kształtu i charakteru - znaczenie fundamentalne: określa gwałtowną muzyczną formę, niesamowitą atmosferę, a także język płyty, który jest językiem mitu, językiem symbolu - zgodnie z tym co pisał Eliade: „Symbolika jest bezpośrednim tworem totalnej świadomości, tzn. świadomości człowieka, który odkrywa siebie jako takiego, który uświadamia sobie swoje miejsce we wszechświecie”.




Doświadczenie sacrum przejawia się w świadomości człowieka na różne sposoby (do czego zresztą jeszcze będziemy wracać) - jednym z nich jest bojaźń. Strachem podszytych fragmentów „Legendy” można znaleźć co najmniej kilka, ale najwyraźniejszy jest on w „Opowieści zimowej”. Utwór ten zdaje się mówić wprost o tym, że świat może zostać zniszczony. „Wiatr się zrywa”, „bije dzwon”. I nawet „ryby drżą w oceanie”. Jest takie miejsce w tym utworze - wyciszenie między drugą i trzecią zwrotką - które obrazuje, w moim odczuciu, właśnie ten moment: świat staje na krawędzi i nie wiadomo co się dalej stanie. Słychać dziwne odgłosy: jakby echa kosmicznej walki, w momencie kosmicznego przesilenia.

Warto zatrzymać się w tym ważnym dla struktury płyty momencie, by przytoczyć jedną ze słowiańskich legend, zrekonstruowaną przez Gieysztora w „Mitologii Słowian”. W legendzie tej jest mowa właśnie o kosmicznym konflikcie. Otóż „podstawowe składniki opowiadania są następujące. Bóstwo jest wysoko, zwykle na górze, w niebiosach, gdzie przebywa ze słońcem i księżycem, lub na wierzchołku trójdzielnego drzewa patrzącego na cztery strony świata. Nieprzyjaciel jest nisko, wśród korzeni drzewa, na czarnym runie. Nieprzyjaciel kradnie bydło, chowa je w pieczarze, za skałą. Sam zaś ukrywa się pod postacią człowieka, konia, krowy, chowa się pod drzewem lub pod kamieniem. Bóstwo piorunów konno lub na wozie rozłupuje drzewo piorunem lub młotem i spala je, lub też rozbija kamień. Po zwycięstwie następuje uwolnienie wód, padają deszcze. Nieprzyjaciel chowa się w wodach podziemnych”.

Mit ten, w którym uderzenie pioruna i owo „uwolnienie wód” oznaczało pierwszą, wiosenną burzę, miał objaśniać cykliczne umieranie i odradzanie się świata przyrody. Okazuje się, że niektóre znaczące elementy tego opowiadania odnajdziemy również na płycie „Legenda”: mamy tam przecież i walkę z Nieprzyjacielem („Zły” w „Opowieści zimowej”) i szczęśliwe zakończenie w postaci gwałtownej burzy („Dla każdej samotnej godziny”). Można by więc zaryzykować twierdzenie, że ta dawna mitologiczna opowieść, stanowi w jakimś stopniu kanwę dla historii opowiedzianej przez zespół. Sądzę, że podobieństwa, z którymi mamy tu do czynienia, są na tyle wyraźne i ciekawe, żeby sprowokować sięgnięcie po inne słowiańskie legendy.

 „Na początku nic nie było poza niebem i morzem, Bogiem, który płynął łodzią, i diabłem wyłaniającym się z piany morskiej, który przysiadł się do Boga” - relacjonuje główny mit kosmogoniczny Gieysztor. „Pomysł stworzenia Ziemi podsunął Bogu diabeł, który sam tego nie mógł wykonać. Diabeł zanurzył się i wydobył z dna garść piasku, Bóg rzucił ją na wodę i stworzył zaczątek Ziemi tak szczupły, że obaj ledwo się na niej pomieścili. Bóg i diabeł zamieszkali Ziemię, diabeł zamyślił zepchnąć śpiącego Boga do wody, ale przyczynił się tym do rozrastania lądu od strony Boga, od wschodu i od własnej strony, od zachodu. Obaj stwórcy wszczęli spór, który skończył się odejściem Boga w niebiosa i strąceniem diabła, który też tam podążył, piorunami w otchłań”. Gieysztor dopowiada, że w pewnych wariantach opowieści „…diabeł zachowuje nieco piasku tworzenia pod językiem, a kiedy Ziemia zaczyna rosnąć, piasek rozsadza usta diabła, który go wypluwa, i tak miały powstać góry, bagna i pustkowia”.

Trójdzielny kosmos i niepewny ludzki świat, zawieszony między niebem a otchłanią – widzimy tu te same obrazy, które wcześniej opisywaliśmy jako wspólne elementy „Ody” i „Legendy”. Widać tu też wyraźnie skąd mogły się wziąć w wyobraźni Mickiewicza „wody trupie” i „obszary gnuśności zalane odmętem”. Być może po prostu i w „Odzie” i na „Legendzie” dały o sobie znać jakieś dawne obrazy, które spoczywając w naszej podświadomości kształtują pewne wyobrażenia. Może też sama „Legenda” ujawnia mimochodem jakieś, nazwijmy to, „słowiańskie archetypy”[1]. Zwłaszcza, że na płycie Armii możemy odnaleźć jeszcze inne nitki mitologicznej osnowy, niż te przed chwilą odsłonięte.

Na przykład: w przytoczonym micie kosmogonicznym zwraca uwagę problem dualizmu fundamentalnych dla powstania (i trwania) świata sił. Jak wyjaśniał Gieysztor - „z opowiadań ludowych wyłania się świat dwoisty między Bogiem na niebie a diabłem w podziemiu – pośrodku to co na  ziemi i pod sklepieniem niebieskim jest sceną walki – i obiegu wody z podziemia w chmury i ognia z niebios na ziemię”. „Legenda” również wpisuje się w ten dualistyczny schemat: na płycie mamy poczucie notorycznego zagrożenia ze strony Złego; co więcej: rzeczywistość, z którą ma do czynienia bohater płyty, wykazuje cechy, można powiedzieć, demoniczne. „Pustynia śpi, zabija świat” słyszymy na przykład w „Opowieści zimowej”. Utwór „To czego nigdy nie widziałem” rozgrywa się „pośrodku jałowej ziemi” – czy to nie ta wypluta przez diabła? Z kolei w piosence „Legenda” pojawia się „ciemna magiczna moc” oraz świat, w którym trwanie jest „martwym snem” i oznacza „powolną śmierć”. Z drugiej strony bohater płyty ciągle zwraca się o ratunek do kogoś, w kim możemy się domyślać, jak w słowiańskim micie, dobrego Boga. On jednak znajduje się w oddaleniu, „w niebiosach” jak powiedział Gieysztor - „a my na dole patrzymy do góry” („To czego nigdy nie widziałem”). W końcu jednak, tak jak w dawnej legendzie, zwycięża. Uważny czytelnik w zacytowanej opowieści kosmogonicznej doszuka się także wyjaśnienia dlaczego bohater „Legendy” podróżuje akurat na Wschód. Warto też zauważyć, że w przywołanym micie Bóg przedstawiony jest jako niezwyciężony – nawet podstępne działania Złego przeciw niemu (próba zepchnięcia śpiącego) i tak ostatecznie obracają się na dobre.

Uwypuklony przez Gieysztora dualizm określał jednak nie tylko charakter i kształt „słowiańskiego” świata, ale również samego człowieka, co widać w micie antropogenicznym: „Bóg mył się w łaźni i spocił się, otarł się wiechciem i rzucił go z nieba na ziemię – czytamy w starodawnej legendzie - i wszczął spór szatan z Bogiem, kto z nich ma stworzyć człowieka. I stworzył diabeł człowieka, a Bóg włożył weń duszę. I dlatego, gdy człowiek umiera, do ziemi idzie jego ciało, a dusza ku Bogu”. „Oko do nieba / do ziemi trup”! – i w tym miejscu „Legenda” okazuje się być zgodna z archaicznymi wyobrażeniami. Dotykamy tu zresztą kolejnego ciekawego problemu: kwestii miejsca człowieka w kosmosie, a konkretnie udziału bohatera „Legendy” w omawianym kosmicznym dramacie. Wydaje się on znajdować rzeczywiście dokładnie pomiędzy antagonistami. W mitologii Słowian ta sfera zaludniona była rozmaitymi pośrednikami. Niektórych przedstawił Andrzej Szyjewski w „Religii Słowian”: znachor, wiedźma, czarownica, płanetnik. „Ich zadaniem – wyjaśniał - jest zachowywanie i przywracanie naruszonej równowagi w kontaktach z zaświatami, w relacjach między tym co destrukcyjne i tym, co życiodajne w kosmosie”. Dla nas szczególnie interesujący może być płanetnik, zwany też inaczej chmurnikiem, obłocznikiem lub zduhaczem. Gieysztor nazywa go „życzliwym duchem powietrznym”. Szyjewski mówi o płanetnikach, że „są to ludzie, którzy zostali wessani na niebo przez tęczę bądź chmurę i tam, w górze, zlecono im prowadzenie walki o żyzność, po czym odesłano z powrotem. Ich zadaniem jest gromadzenie odpowiedniej ilości deszczu i chmur ze ściąganej z ziemi wody, chronią też przed klęskami: ulewą i gradem. Ich wrogami są smoki gromadzące wodę czy też żmije”. Związek płanetników z toczącą się na przełomie zimy i wiosny kosmiczną walką jest ewidentny. Ale wspominam o nich również dlatego, że nie umiem inaczej wyjaśnić skąd wziął się w „Opowieści zimowej” „głupiec na chmurze”. „Czasem można ich dostrzec na niebie – czytamy u Szyjewskiego - w szerokoskrzydłych kapeluszach, z piorunowymi różdżkami w dłoniach, jak sznurami przeciągają chmury i zbierają grad w skórzane worki. Czasem schodzili na ziemię, by uprzedzić o zbliżającej się burzy”.




Bohater płyty wydaje się bliski takim postaciom: szepce zaklęcia („niech cię strzeże…”), ma dziwne nakrycie głowy, zaklina Złego, podkłada też ogień – jako znak dla tajemniczej „skrzydlatej istoty”. Można powiedzieć, że w tych jego aktywnościach ujawniają się rysy szamańskie. Ale w swym zmaganiu z siłami zagrażającymi światu przypomina on również, znanych ze słowiańskich legend, junaków. U Szyjewskiego mit junacki zostaje streszczony w sposób następujący: „Bohater ryzykuje wyprawę ze świata powszedniości do krainy nadnaturalnych dziwów; spotyka tam fantastyczne siły i odnosi rozstrzygające zwycięstwo, po czym wraca z tej tajemniczej wyprawy obdarzony mocą czynienia dobra ku pożytkowi swoich bliźnich”. Mamy tu więc ogólne podobieństwo w kilku kwestiach, o których już mówiliśmy. W piosenkach Armii znajdziemy również jednak bardzo znaczące szczegóły, które potwierdzają jakieś pokrewieństwo „Legendy” i mitu junackiego. Szyjewski stwierdza na przykład, że „nieodmiennym i najistotniejszym elementem wyposażenia junaka jest jego koń” – a to koresponduje z utworem „Podróż na Wschód”, gdzie tytułowa wyprawa ma się odbyć właśnie konno. Piosenka ta pasuje do mitu heroicznego także pod innymi względami. Raz, że opowiada właśnie o wyprawie ze „świata powszedniości” ku tajemniczemu Wschodowi, który z perspektywy zwykłego człowieka jest albo „za daleko”, albo też „nie ma go wcale” - zapewne można się tam spodziewać owych, wspomnianych przez Szyjewskiego, „nadnaturalnych dziwów”. Co więcej – autor ten podkreśla, że w opowieściach o junakach występuje zwykle „archaiczny motyw przeistoczenia bohaterów w elementy krajobrazu”. A przecież właśnie w „Podróży…” padają słowa: „Odwrócę twarz / I chyba zostanę górą / Gdzie ponad nic nie ma”! Opowieściom o junakach właściwy jest też motyw tzw. „winy wojownika”: ich bohater łamie często zasady, na których opiera się porządek społeczny. Bohater „Legendy” również bierze na siebie pewne społeczne odium - w utworze „To moja zemsta” pojawia się przecież owo prowokacyjne wezwanie: „Słuchajcie więc / To moja pieśń / Moja herezja / To moja zemsta”. Łamanie praw społecznych wynika zwykle z tego, że junak jest, jak to określa Szyjewski, „postacią przejścia” - stanowi w pewnym sensie klamrę łączącą ten i tamten świat[2] (dlatego jego narodziny miewają znaczenie kosmiczne: „Z powodu narodzin junackich / Młodego Wołcha Wszesławowicza / Ryby w głąb morza oddaliły się”). Jego najważniejszym zadaniem jest przy tym „w a l k a  w obronie współbraci, zmaganie się z siłami niszczącymi środowisko społeczne. Walka ta jest zwykle wzorowana na pojedynku kosmogonicznym, stąd podstawowe skojarzenia związane są jak mówiliśmy, ze zmiejoborstwem: gromowładnym bóstwem porażającym bronią piorunową wężokształtnego antagonistę”. Przyjść do głowy może tu nam też walczący ze smokiem święty Jerzy. Znów zbliżamy się tym samym do rycerskich motywów na płycie, na której przeciwnik zostaje przecież zidentyfikowany jako „bestia” („Niech bestia śpi”).

Sięgnięcie słowiańskich archetypów, z jakim mamy tu do czynienia, wydobycie tych obrazów z głębin wyobraźni, jest samo w sobie zjawiskiem bardzo ciekawym i niezwykle intrygującym. Stanowi też o oryginalności środowiska symboli używanych na płycie. Co więcej, wydaje się, że to właśnie słowiański mit, odwzorowujący budowę świata i jego przemiany, określa dramaturgię albumu, którego struktura okazuje się stanowić odbicie cyklu rocznego, a szczególnie owej kluczowej w opowieściach naszych przodków sekwencji - jesieni, zimy i wiosny - z najważniejszymi momentami: przesileniem zimowym, o którym mówi „Opowieść zimowa”, oraz wiosennym zrównaniem dnia z nocą, które stanowi tło szczęśliwego finału płyty („Dla każdej samotnej godziny”).

Tak znacząca obecność słowiańskich motywów na płycie, jak również jej wyraźne podobieństwa do Mickiewiczowskiej „Ody”, świadczą o jakimś genetycznym związku „Legendy” ze wschodnimi połaciami Europy – można poczuć, że rzeczywiście zaglądamy do jakiegoś euroazjatyckiego matecznika. Warto w związku z tym przypomnieć, co mówił o „ludziach Wschodu” Mikołaj Bierdiajew, co w nich szczególnie cenił: że „jeszcze nie wyszli ze stadium „natury”, to znaczy barbarzyństwa”, dlatego w ich duszach pozostaje wciąż „element irracjonalny, niezorganizowany i nieuporządkowany”, a także o obecnych w ich życiu „duchach przyrody”. Bierdiajew wspominał też o tym, że Ludzie Zachodu rozpatrują każdy problem przede wszystkim w jego przejawach w kulturze i historii”, Ludzie Wschodu natomiast, jego zdaniem, wypowiadają się „jak ktoś stojący wobec zagadki świata, wobec samego życia”. Można potraktować te słowa jako wstęp do naszych dalszych rozważań.

Najpierw jednak zaznaczmy, że zgodnie z ludową tradycją zimowe przesilenie wiązane jest z dniem świętej Łucji, z trzynastym grudnia. Sam Budzyński wiązał „Opowieść zimową” właśnie z tą datą. Wielu fanów Armii w związku z tym nie wyobraża sobie, żeby tego dnia, a właściwie tej nocy, nie wysłuchać płyty, nie krzyknąć wraz z zespołem „Światło, świeć!”. Ujawnia się w tym nie tylko cień jakiegoś współczesnego szamanizmu, ale też jeszcze jedno znaczenie tytułu płyty, znaczenie właściwie pierwotne: wszak zgodnie z europejską tradycją monastyczną legenda to lektura tekstu przeznaczonego na daną okazję, legenda, czyli po łacinie „to, co należy przeczytać” oznaczonego dnia.



[1] Jako że „Legenda” powstawała „wśród pól i lasów”, to można tu na marginesie wspomnieć o eksperymencie grupy Atman, którego celem było dotarcie do „słowiańskich korzeni” kultury, co odbywało się ramach warsztatów pod hasłem „Gadająca łąka” (początek lat dziewięćdziesiątych). Zwłaszcza, że z Atmanem związany był Sławomir Gołaszewski, człowiek, który miał znaczący udział w powstaniu zespołu Armia i wpływ na kształt płyty „Legenda”. Metoda dochodzenia do „słowiańskich źródeł” polegać miała na „odtworzeniu pewnych powiązań, zachowań, dźwięków i gestów w oparciu o Naturę”. Muzycy Atmana uzasadniali: „jedyne co w tym miejscu, w którym jesteśmy, zostało z czasów Słowian to krajobraz, a ogólnie rzecz biorąc Natura. W związku z tym, jeśli szukamy ciągłości kultury, trzeba być na ten fakt otwartym. Nie chodzi przecież o coś w rodzaju wykopalisk. Istotą jest to, że takie samo naturalne otoczenie w jakiś sposób kształtowało ludzi i ich sposób odbierania świata. Patrząc na korony drzew, słuchając (z pewnością identycznego) szumu wiatru doznamy być może jakichś przebłysków tych samych uczuć czy emocji co pradawni mieszkańcy tych okolic” (Wschód Księżyca. O muzyce, podróżach, kontrkulturze i ekologii – wywiad rzeka Anny Nacher z muzykami grupy ATMAN, Nowy Sącz 1995, s. 13, 42 - 43.) Podobne intuicje musiały też kierować artystyczno – naukową działalnością Macieja Rychłego i Kwartetu Jorgi (starczy wspomnieć tu o sposobie nagrywania tzw. płyty biskupińskiej z 1988 roku).
[2] Tamże, s 215. Podobnie (znów!) jest u Mickiewicza: „Dzieckiem w kolebce kto łeb urwał Hydrze, / Ten młody zdusi Centaury; / Piekłu ofiarę wydrze, / Do nieba pójdzie po laury”.

5. „Legenda” jako koncept zorientowany

„Legendę” rozpoczynają słowa: „Ojciec, Syn i Duch / Zamknięci na klucz / A okna i drzwi / Z ciała i krwi”. Rzecz bardzo charakterystyczna, że pierwszym wersem na płycie Armia wpisuje się w tradycję rozpoczynania dzieła od wezwania Osób Boskich - mamy tu przecież do czynienia z rodzajem inwokacji. Cała zaś zwrotka wydaje się stanowić zagadkę -może warto by spróbować ją rozwikłać?

W utworze tytułowym pojawia się pojęcie horyzontu zdarzeń, które w teorii Einsteina oznaczało granicę czasoprzestrzeni. Nie jestem biegły w fizyce, ale na płycie ów horyzont odczytuję jako symbol granicy rzeczywistości empirycznej. A tę właśnie Mikołaj Bierdiajew porównywał do zamkniętego pokoju. W swej „Filozofii wolności” pisał, że „cały świat, cały porządek przyrody jest zamkniętym pomieszczeniem, w którym działają dane w nim siły. Te siły – stwierdzał - w sposób immanentny nie mogą siebie przerosnąć, dokonać cudu. Jednak w zamknięte pomieszczenie naszego świata mogą się wedrzeć siły świata innego, siły boskie, siły łaski. Wówczas nastąpi cud”. W innym miejscu mówił: „Żyjemy w grzesznym śnie rozsądkowości, śnie naszej złej woli, a sny nasze są haniebnie prozaiczne i nudne”. „Brzydota empirycznego bytowania i rozsądkowość świadomości to widma, niebyt, grzeszny sen”,  którym rosyjski filozof przeciwstawiał „mistykę i piękno”. „Oto gdzie jest to, co najbardziej realne, oto gdzie jest istność” - powiadał.

Możemy więc przyjąć, iż bohater płyty, tak jak ten „ktoś biedny i sam” z drugiej zwrotki „Kochaj mnie”, tkwi w zamkniętym pokoju empirycznej rzeczywistości, niczym jakiś skazaniec, oddzielony murem od tego co prawdziwie piękne. Jeśli zaś chodzi o „okna i drzwi / z ciała i krwi”, to można do nich odnieść kolejne wersy pierwszej zwrotki tej piosenki: „Wszystko w szumie fal / Wszystko w oczach psa / I w mistycznym ciele / To w pijanym śnie”. Dziwne przemieszanie rzeczy świętych i nieświętych w tym fragmencie przywodzi na myśl dwa konteksty, widoczne na płycie też w innych miejscach. Nawiązując do Bierdiajewa: w jednym z nich chodzi bardziej o piękno (i pijany sen), w drugim o mistykę (i oczy psa). Ale w obu przypadkach przede wszystkim o to, co znajduje się „poza tym światem”.

Dążenie do iluminacji cechowało poetycką postawę Artura Rimbaud. „Jasnowidzenie” starał się on osiągnąć poprzez „długie, bezmierne i wyrozumowane rozregulowanie wszystkich zmysłów”. „Pijany sen” może kojarzyć się właśnie z nim. Zresztą w tekstach „Legendy” dają się odnaleźć konkretne obrazy zaczerpnięte z jego „Sezonu w piekle”, takie jak pustynia czy najwyższa wieża. A przede wszystkim owa „wieczność”, która jest „morzem, co łączy się ze słońcem” (piosenka „Nie ja”). Drugi kontekst to ruch chasydzki, który przecież, zgodnie ze słowami Martina Bubera, „usuwał mur dzielący to, co święte, od tego, co świeckie, a także pouczał w jaki sposób można uświęcić wszelkie świeckie działanie. (…) pozwalał dostrzec we  wszystkich  istotach i we wszystkich rzeczach Boskie promieniowanie, tlące się w nich Boskie iskry”. Również „w oczach psa”.

„Okna i drzwi / Z ciała i krwi” możemy więc, w świetle tych kontekstów, potraktować jako te elementy rzeczywistości empirycznej, które w przekonaniu bohatera płyty uczestniczą w jakiś sposób w rzeczywistości wyższej, stanowią swojego rodzaju przebicia, przez które wchodzą, wdzierają się – jak powiedziałby Bierdiajew – siły łaski, siły innego świata.

A oto jedna z opowieści chasydów: „Rabbi Icchak z Niesuchojeżów powiedział: „Mój ojciec rzekł kiedyś w miesiącu Elul do jednego ze swoich przyjaciół: ”Czy wiesz, co to dziś za dzień? To jeden z tych dni, kiedy  ryby drżą w oceanie””. Ktoś ze stojących wokół rabbiego Icchaka zauważył: „Ludzie powiadają zazwyczaj: „Kiedy ryby drżą w wodzie”. „Tak, jak to powiedział mój ojciec – rzekł rabbi Icchak – przemawia jedynie tajemnica tego, co dzieje się między Bogiem i duszami””. Ryby drżące w oceanie to obraz znany nam z „Opowieści zimowej”. Zaś sformułowanie: „tajemnica tego, co dzieje się między Bogiem i duszami” określa lapidarnie, można powiedzieć, tematykę całej płyty. Podobnie zresztą charakteryzował kiedyś „Legendę” sam Budzyński: „…stanowi integralną całość – mówił - i jest właściwie opowieścią, opowieścią o dziejach duszy”.

Rimbaud i chasydzi… A jednak, to symbol Trójcy umieszczony na początku „Legendy” ma chyba największą doniosłość. Powinien być traktowany jako podstawowy znak tego, w jakim duchu należy odczytywać całą płytę. Znajdziemy na niej zresztą wiele innych bardzo wyraźnych odniesień do chrześcijaństwa. Wśród nich obrazy i symbole, które pochodzą wprost z Pisma Świętego: światło, ogień, latarnie trzymane w rękach, wiatr, ptak (albo inne uskrzydlone istoty). Charakterystyczny jest też sposób przedstawienia kondycji człowieka i świata, jako rezultatu upadku i grzechu, a także silne podkreślanie polaryzacji dobra i zła, przeciwstawianie światła i ciemności, nocy i dnia. Dają się również zauważyć wyraźne odniesienia do tradycji kościelnej: między innymi określenie „mistyczne ciało”, obraz dzwonu na wieży (który bije na trwogę ) i symbolika cyfry „3”. A może przede wszystkim właśnie „ciało i krew” z pierwszej zwrotki „Kochaj mnie”, rozumiane po prostu jako znak Eucharystii. Warto też zauważyć, że Wschód w sztuce chrześcijańskiej, przez odniesienie do świtu jako pory Zmartwychwstania, symbolizuje Jezusa Chrystusa. Wygląda więc na to, że to właśnie chrześcijańska metafizyka stanowi na płycie najistotniejszą drogę ku innym planom rzeczywistości. Można też domyślać się, że na „Legendzie” odnalezienie „wieczności”, będącej „morzem co łączy się ze słońcem”, będzie miało miejsce właśnie o świtaniu.

Zanim to jednak nastąpi, trzeba przetrzymać noc.

6. Furcht oder Angst: „Legenda” egzystencjalna

Pozostawiając na razie na boku wcześniej omawiane zagadnienia - kwestie mitologiczne i ich wpływ na strukturę płyty, sprawy obecnych na płycie różnych odniesień kulturowych - trzeba by wreszcie zająć się samą treścią płyty, jej głównym tematem. Należy przypomnieć, że już wcześniej pojawiały się próby takiego całościowego określenia „Legendy”: najbardziej znana i utrwalona w środowisku fanów zespołu jest interpretacja, której dokonał antropozof Jerzy Prokopiuk. W muzyce Armii usłyszał on „wrzask świata, o którym mówili gnostycy starożytni. Wrzask ten – pisał – ma zagłuszyć wołanie duszy ludzkiej uwięzionej w materii – jest to wrzask żyjących w niej demonów. Ale nie tylko – dodawał – do wrzasku tego dołącza się także człowiek. Dołącza się on swoim krzykiem – krzykiem rozpaczy i wołania o pomoc”. Również w tekstach „Legendy” autor „Labiryntów herezji” dostrzegł liczne odniesienia do manicheizmu, do gnozy, określił wręcz „Legendę” jako „perłę poezji gnostyckiej”. „W (dokładnie) dziesięciu tekstach Budzyńskiego – stwierdzał – przewija się przed nami cały mit gnostycki we wszystkich swych najważniejszych kategoriach: wrzucenia człowieka w świat, jego rozpaczy, jego buntu, jego nadziei na wyzwolenie – i jego wyzwolenia, podróży na Wschód”. Filip Memches natomiast, podnosząc konfesyjny charakter płyty, podjął dyskusję z interpretacją Prokopiuka: widział w „Legendzie” „bunt przeciw buntowi”, czyli przeciw „wiecznej kontestacji – istocie gnostyckiego mitu”. Bunt ten, jak twierdził, wyraża się na płycie w odwołaniach do głębokiej, chrześcijańskiej tradycji.

Z obu tymi interpretacjami wypada mi się zgodzić, a jednocześnie obie w jakimś stopniu zakwestionować. Ale przede wszystkim proponuję zacząć w innym miejscu. Otóż wydaje mi się, że „Legenda” jest dziełem, które przede wszystkim, w specyficzny sposób, przez pryzmat tajemniczych przeżyć bohatera płyty, przedstawia pewne głębokie doświadczenia egzystencjalne. Doświadczenia niezwykle intensywne, dynamiczne, a dla bohatera płyty wręcz fundamentalne. Można by więc nawet zaryzykować twierdzenie, że „Legenda” jako całość odtwarza schemat narracyjny Bildungsroman, czyli powieści o formowaniu: mówi wszak o podróży, która dla bohatera stanowi istotny krok ku dojrzałości, ku określeniu samego siebie wobec zagadek świata.  Myślę, że możemy nawet mówić tu o jakimś rodzaju inicjacji duchowej.




Początek podróży, pierwsze doświadczenia są zdecydowanie negatywne – mówiliśmy już o tym: przebywanie w zamkniętym pomieszczeniu z nikłymi szansami na wydostanie się, obrazy ciemnej nocy, które określają wyjściową sytuację bohatera płyty - rzeczywistość w której się znajduje. Ta rzeczywistość, opisywana jako widmowy „bezsenny kraj”, posiada - trzeba to podkreślić - wiele cech infernalnych. Przebywanie w niej oznacza wyobcowanie, alienację („sam na sam, na resztę świata, zupełnie sam”, „ktoś biedny i sam”). Ale przede wszystkim oznacza śmierć („tu mnie wrzucono by żywcem zjeść, by pić moją krew” i „do ziemi trup”) a także zadawanie śmierci („jesteśmy sami, jesteśmy mordercami”). Bohater „Legendy” jest w tej rzeczywistości całkiem wyobcowany - „sam na sam, na resztę świata, zupełnie sam” („To moja zemsta”). Bardzo wyraźne jest właśnie to przeciwstawienie samotnego indywiduum światu (jak powiedziałby Witkacy), czyli przeciwstawienie „ja” – „nie ja”. Pojawia się też motyw maski noszonej wobec świata, problem „egzystencji na niby”. Wspomnijmy „prawdziwe życie”, które „jest nieobecne” („To moja zemsta”) czy „biały śnieg” z „Legendy” (można go rozumieć właśnie jako symbol ulotnych wartości, tak jak „śmieci” z „Niezwyciężonego”), czy wreszcie słowa: „Nie jestem tym / Za kogo mnie masz”. Wyraźny rozdźwięk między światem wewnętrznym bohatera płyty a światem zewnętrznym staje się przyczyną poszukiwania przez niego innej, prawdziwszej tożsamości.

Wśród uczuć, których doświadcza samotny bohater płyty wobec „świata” odnajdujemy te, które filozofowie – egzystencjaliści uznawali za bardzo istotne: nudę, lęk i tęsknotę. Spójrzmy jak opisywał je Bierdiajew. „Nuda mówi o pustce panującej w niższym świecie – czytamy w jego „Autobiografii filozoficznej” -  nie ma nic bardziej beznadziejnego i straszniejszego niż pustka nudy. W tęsknocie jest nadzieja, w nudzie brak nadziei”. I dalej: „Lęk mówi o niebezpieczeństwie grożącym ze strony niższego świata”, zaś „tęsknota skierowana jest ku wyższemu światu i towarzyszy jej poczucie nicości, pustki, zniszczalności tego świata. Tęsknota zwrócona jest ku temu, co transcendentne, ale równocześnie oznacza niemożliwość połączenia się z tym, co jest transcendentne, otchłań między mną a transcendencją. Tęskni się za tym, co transcendentne, co jest inne niż ten świat, co przekracza granice tego świata. Tęsknota mówi o samotności wobec transcendencji. Jest to doprowadzony do ostateczności konflikt między życiem w tym świecie i w świecie transcendentnym. Tęsknota może pobudzać świadomość istnienia Boga, ale jest także przeżyciem opuszczenia przez Boga”.

Opis ten nie tylko, że zawiera znaną już nam, charakterystyczną dla „Legendy”, wizję świata („świat niższy”, „świat wyższy”), ale też zaskakująco odpowiada doświadczeniom bohatera płyty. Pustkę nudy na „Legendzie” obrazują słowa, które rozbrzmiewają w „bezsennym kraju” - „Nie żyję / I nie umieram / Przeważnie jestem niczym” („Nie ja”). Niebezpieczeństwo ze strony niższego świata było już tematem naszych rozważań („Opowieść zimowa”). Sam lęk również artykułowany jest na płycie w wielu miejscach. Kiedy pod „ciemnym oknem / wieje wiatr” (Gdzie ja tam będziesz ty”), kiedy cień pada „z okna na zmierzch” i mowa jest o śmierci, gdy pojawia się „ciemna magiczna moc” („Legenda”). Lęk budzą też obrazy zawarte w utworze „To czego nigdy nie widziałem”: jeździec bez głowy, świat pełen morderców, śmierć i ogień. W takim miejscu rodzi się tęsknota za światem innym, dążenie by tej innej rzeczywistości dosięgnąć. Słowom Bierdiajewa o tęsknocie, która „zawiera się między transcendencją a otchłanią niebytu”, odpowiada na płycie wspominany już początek „Przebłysku”: „Oko do nieba / Do ziemi trup / Pomiędzy tym żałosna lampa słów”. Świadomość istnienia Boga i poczucie bycia przez Niego opuszczonym obrazują zaś słowa: „Aniołowie powoli wracają do nieba / A my na dole patrzymy do góry / I każdy z nas umiera od nowa / Bo jesteśmy sami”. „Podobno budujesz swój mały dom / Pośrodku jałowej ziemi”…

Ale rozpacz, której doświadcza bohater płyty może, paradoksalnie, okazać się jego siłą. Jak pisał Lew Szestow: „Początkiem filozofii nie jest zdziwienie, lecz rozpacz. Tak długo jak człowiek chce tylko wiedzieć, tak długo nie dotknie tajemnic bytu. Tylko rozpacz może go zaprowadzić do brzegu tego, co istnieje”. Bohater płyty doświadcza rozpaczy, bo nie wystarcza mu ten świat, nie godzi się z jego piekielnymi prawami. Pragnie innego - tego „za którym się / Nie goni nawet i we śnie” („Opowieść zimowa”). Postawiony, tak jak „podziemny człowiek” Dostojewskiego, wobec ściany[1], czyli nieustępliwych, dowiedzionych naukowo praw, ośmiela się je lekceważyć i wierzy, że coś znajduje się po drugiej stronie muru. Bardziej ufa swojej intuicji, marzeniom i snom, porywom serca niż obiektywnym prawdom. I na końcu „Legendy” za swoją pasję zostaje nagrodzony: przelotnym blaskiem wieczności, doświadczeniem, które choć przeminie, to zostawi na dnie duszy niezapomniane wspomnienie.




Warto zwrócić uwagę na to w jaki sposób owo mistyczne doświadczenie został na płycie ukazane, w jaki sposób je wprowadzono. Zacznijmy od Bierdiajewa, który podkreślał, że „lęk, zawsze związany z niebezpieczeństwem empirycznym, należy odróżnić od  p r z e r a ż e n i a, wiążącego się nie z niebezpieczeństwem empirycznym, a transcendentnym, z tęsknotą bytu i niebytu”. Przypominał też, że „Kierkegaard odróżnia Angst od Furcht”, gdyż „według niego Angst jest pierwotnym fenomenem religijnym”. Myśl tę rozwinął Rudolf Otto, opisując doświadczenie misterium tremendum et fascinans, które ma przejawiać się właśnie w irracjonalnym lęku: o różnym natężeniu, ale przeżywanym zawsze w oderwaniu od życia codziennego, a to dlatego, że jego źródła – co wyraźnie podkreślał niemiecki fenomenolog - znajdują się poza rzeczywistością dostępną zmysłom (mogą więc wydawać się urojone). Misterium tremendum - „przerażająca tajemnica” – to, według autora „Świętości”, sposób w jaki człowiek postrzega numen, czyli boskość. Poczucie grozy, wywołane przez zetknięcie się z „innym wymiarem”, z „nadrzeczywistością”, wywoływać może bardzo silne reakcje: niemiecki badacz pisze o osłupieniu, stuporze. „Jak cicho obok nas / Jak cicho tu i tam / I niemy krzyk, gdy serce drży” – słyszymy w „Opowieści zimowej”. I dalej: „Nie mogę znieść / Nie mogę ci nic powiedzieć” - wszak doświadczenie misterium tremendum, według Otto, zwykło wymykać się pojęciom, można o nim powiedzieć dokładnie „tyle co nic” (znów cytat z piosenki Armii).

Zaskakujące i niezwykle intrygujące jest to, jak precyzyjnie „Legenda” oddaje poszczególne elementy misterium: grozę, majestat, moc i tajemnicę. Majestat, w ujęciu Rudolfa Otto, ma wywoływać reakcję, która wyraża się w słowach: „ja jestem niczym, Ty jesteś wszystkim”. „Ty jesteś drogą, jesteś brzegiem dnia / Ty jesteś kluczem, Ciebie świat nie jest wart – mówi „Legenda” („Przebłysk”) - Przyniosłeś ogień, beztroski śmiech / Reszta jest  n i c z y m”. I dalej: „Cały mój świat / Nie znaczy  n i c / Ja Ciebie ścigam / Wołam Cię aby żyć”. Moc na „Legendzie” rysuje się na przykład w obrazach z, nomen omen, „Niezwyciężonego”: widzimy tam ową orlą potęgę, która powoduje, że „szarańcza pożera olbrzymów / i woda tryska ze skał”. „Legenda” obrazuje to wszystko nie tylko słowem, ale również samą muzyką, co już trudniej tu zwerbalizować. Płyta zdecydowanie jednak wyróżnia się atmosferą tajemnicy i dziwności - właściwym środowiskiem misterium. Owa tajemnica ma w dodatku na płycie cechy, które wyraźnie podkreślał Otto: jest paradoksalna, irracjonalna i antynomiczna: boskość jest na „Legendzie” z jednej strony odległa i straszna, a z drugiej bliska, wręcz najbliższa człowiekowi („Podobno mieszkasz tak blisko / Najbliżej jak tylko się da”); mimo majestatu kryje się w czymś nieskończenie małym („najmniejszy ptak”); mimo potęgi buduje „mały dom pośrodku jałowej ziemi” („To, czego nigdy nie widziałem”). Osobną, tajemniczą i budzącą lęk kwestią jest ów konflikt, o którym była mowa wcześniej - wzajemna relacja sił pozytywnych i destrukcyjnych w funkcjonowaniu świata.

Misterium jednak, zgodnie z opisem Otto, nie tylko budzi grozę, ale również, jako  misterium tremendum et fascinans, fascynuje. Jego przeżycie, jego doświadczenie, jest dla człowieka czymś nie tylko niezwykłym, wstrząsającym, ale też ważnym i ostatecznie pozytywnym, owocuje bowiem doświadczeniem miłości, łaski i zbawienia – to druga strona misterium. I tu dostrzegamy też drugą stronę „Legendy” - płyta mówi przecież o pewnym przełamaniu, otwarciu, „odczarowaniu” rzeczywistości[2], przedstawia na mrocznym tle rozbłyski nadziei, unaocznia złotym światłem ulotny moment przeczucia zbawienia. Fascynacja, miłość i nadzieja, z jaką człowiek zwraca się ku numen, spotyka się z łaską spływającą z góry. Tę sytuację najlepiej opisują zwłaszcza trzy utwory z płyty: tytułowa „Legenda” oraz „Trzy bajki” i „Dla każdej samotnej godziny”.

Warto zwrócić uwagę na to, jak subtelnie oddają one dialektykę kontaktów człowieka z numen. Najpierw „Legenda”: utwór o dużym ciężarze gatunkowym, prawdziwy, można powiedzieć, „egzystencjalny cios”. Pojawia się w nim jednak też dość nieoczekiwany element na obrzeżu głównych tematów: ten zabawny, czterodźwiękowy motyw grany na gitarze basowej. Utwór zdaje się ruszać, rozpędzać, podążając właśnie za nim, lecz on znika. Pojawia się jednak później w zawirowaniach kompozycji, przypomina o sobie, jakby mrugał z oddali, jakby wzywał by za nim iść. „Czasem prawie pewny był, że mu Tamten daje znak” – śpiewał Jan Krzysztof Kelus w jednej ze swych piosenek[3]. „Skąd ten blask, ten w dali ptak / Skąd w białej mgle zniszczony płaszcz?” można by zapytać, sięgając do innego fragmentu płyty. Nie wiadomo, nie ma pewności, ale nie przeszkadza to bohaterowi „Legendy” zaśpiewać: „Unieś dokąd chcesz / Czerwoną krew / Biały śnieg / Zabierz precz / Powolną śmierć / I martwy sen / Dokąd chcesz”. Bardzo jest tu charakterystyczne, że to co wydaje się najważniejsze „Legenda” mówi nie używając słów. Takie są również „Trzy bajki”. Wyróżniające się formalnie, wyabstrahowane swą matematyczną regularnością, zdają się być wybitym w monolicie „Legendy” oknem, przez które wpada wiatr, są jak maswerk w postaci trójliści, witraż przez który przenikają promienie słońca. Bo to też obraz tego, co pojawia się ponad człowiekiem, ponad jego zapętlonymi emocjami. Czegoś co jest bardziej inteligibilne niż zmysłowe.

W strukturze dramaturgicznej albumu ważniejsza rola przypada jednak finałowemu „Dla każdej samotnej godziny”. Już wcześniej uznaliśmy ten utwór za obraz wiosennego zwycięstwa nad Złym. Tu trzeba powiedzieć o szczególnej atmosferze, o radykalnej odmienności brzmieniowej tego miejsca „Legendy”, które rzeczywiście wydaje się być oświetlone światłem pochodzącym już z innego świata. Znów moment największej bliskości numen przedstawiony zostaje praktycznie bez słów. Zagadkowe, niesłyszalne „ciebie zachowam”, zaczerpnięte z Becketta, odgrywa tu dość szczególną rolę: umożliwia zamknięcie całej zawartości tekstowej „Legendy” między głoskami tworzącymi świętą sylabę hinduizmu „OM” (to pierwsza i ostatnia litera podstawowego materiału płyty). Sylaba ta, według hinduskiej tradycji, odtwarza pierwotną wibrację, dźwięk powstania wszechświata - dźwięk, który w historii mówiącej o jego odradzaniu się też może znaleźć swoje miejsce.

To jednak tylko ciekawy drobiazg - dalece istotniejsze na „Legendzie” są odniesienia do tradycji duchowej chrześcijaństwa. Należy tu przyznać rację Memchesowi. Wydaje się jednak, że jego konfesyjne ujęcie chrystianizmu „Legendy” nie jest do końca adekwatne. Ważniejszy jest jego aspekt egzystencjalny. Chrześcijaństwo na „Legendzie” nie służy bowiem porządkowaniu rzeczywistości, nie tworzy też kategorii moralnych. Jest za to sprawą życia i śmierci, jest odpowiedzią na egzystencjalny dramat człowieka. Prokopiuk z kolei doskonale wydobył w swej analizie dramatyzm sytuacji człowieka, ale na tym właściwie poprzestał, kiedy na płycie jest to zaledwie, jak widzieliśmy, punkt wyjścia. Co więcej, po gnostycku negatywna ocena empirycznej rzeczywistości nie jest na „Legendzie” oceną jedyną. Wcześniej przecież poświęciliśmy wiele miejsca wątkom kosmiczno – mitologicznym, które uobecniają na płycie urok, tajemnicę i majestat natury. Do tego wątku będziemy musieli za chwilę powrócić.



[1] „…a no, ma się rozumieć, prawa natury, wywody nauk przyrodniczych, matematyka. Jeżeli ci na przykład dowiodą, że pochodzisz od małpy, to już nie ma co się krzywić, musisz to przyjąć. (…) – musisz się z tym zgodzić, nie ma rady, albowiem dwa razy dwa – to matematyka. Spróbuj tylko zaprotestować. Ależ – zawołają – nie można oponować: dwa razy dwa – cztery! Natura cię nie pyta; jej nie obchodzą ani twoje pragnienia, ani to, czy ci się jej prawa podobają, czy nie podobają, Musisz przyjmować ją taką, jaka jest, a zatem i wszystkie jej twory. Ściana więc, to ściana…” (F. Dostojewski, Notatki z podziemia, Warszawa 1992, s. 14 – 15.) – „mówili znawcy”!
[2] Na marginesie: Na zajęciach profesor Śnieżyńskiej – Stolot (z historii idei), dawno temu, usłyszałem historię dotyczącą spraw zbiorowej podświadomości, którą podobno opisał gdzieś Jung. Chodziło o to, że grupa turystów, zagubiona w górach wśród turni, traciła już nadzieję na uratowanie. W pewnym momencie wszyscy mieli podobną halucynację: widzieli człowieczka w dziwnej czapeczce, postać, którą w baśniach nazywa się zwykle krasnoludkiem. Dzięki temu, nazwijmy to, wytworowi wyobraźni, a wg Junga postaci ze zbiorowej podświadomości rodem, odzyskali nadzieję i odnaleźli bezpieczną drogę. Już wtedy przyszło mi do głowy, że być może sceniczna kreacja Tomasza Budzyńskiego, wyskakującego na scenę w czapce błazna (która w gruncie rzeczy nigdy żadnych stricte błazeńskich konotacji, poza formą, nie miała), jest może jakimś odbiciem takiej postaci: przynosi ratunek („ogień, beztroski śmiech”) w sytuacji, racjonalnie patrząc, beznadziejnej. Tak jak Tom Bombadil we „Władcy pierścieni” Tolkiena.
[3] Dalsze wersy: „Szarych gęsi spłynął nań różaniec / W stepie znalazł ostu kwiat” - piosenka „O dwóch takich co się szukali po drogach” (o rycerzu!). 

7. Apofatyczna teologia „Legendy”

Charakterystyczne, że „Legenda”, robiąc zwykle na słuchaczach duże wrażenie, pozostaje, jeśli chodzi o niesioną muzyką i słowem treść, nieokreślona -  trudno ująć w słowa to co odbiorców w niej najbardziej porusza. Wydaje się wręcz, że to co na płycie najważniejsze wymyka się tym kategoriom i pojęciom, którymi posługujemy się na co dzień. Nie sprawdza się tu na przykład język teologii pozytywnej, którego użył Memches w swej polemice z Prokopiukiem. Znacznie lepsze rezultaty przynosi za to sięgnięcie do starodawnej tradycji negacji - do teologii apofatycznej, która przecież zawsze obecna była w piśmiennictwie chrześcijańskim.

W tym duchu możemy odczytać już znak postawiony na samym początku płyty: wezwanie Ojca, Syna i Ducha, nad którym przechodzimy często bezrefleksyjnie do porządku dziennego. Paweł Florenski natomiast, jeden z prawosławnych teologów, w znaku Trójcy widzi kwestię światopoglądowo fundamentalną. Stwierdza bowiem: „…natknęliśmy się na takie zestawienie terminów, które dla intelektu nie ma i nie może mieć żadnego sensu. „Trójca w Jedności i Jedność w Trójcy” dla intelektu niczego nie oznacza…”. Dla niego jednak, podobnie jak dla wielu prawosławnych myślicieli, prawdziwość dogmatu o Trójcy Świętej stanowi gwarancję podmiotowości człowieka: Trójca jest wszak znakiem niemożliwego, a jeśli niemożliwe jest prawdą, to w takim razie prawa rządzące naszym światem, prawa przyrody, które poznaje intelekt, nie muszą być ostateczne. Innymi słowy: skoro racjonalne nie musi być prawdziwe, to człowiek nie musi być podporządkowany konieczności. To niby dobra wiadomość, ale równocześnie usuwa się spod nóg człowieka solidny grunt, na którym zwykło opierać się nasze życie. „Musimy albo umrzeć w agonii na naszym brzegu przepaści, albo iść po omacku i szukać „nowej ziemi”, na której „żyje Prawda” – pisał (w dość egzaltowanym stylu) Florenski - możemy wybrać, ale powinniśmy zdecydować się albo na jedno, albo na drugie. Albo poszukiwanie Trójcy, albo umieranie w szaleństwie”. Słowa te w odniesieniu do „Legendy” wydają się niezwykle adekwatne.


Podobnie zresztą sprawę stawiał Bierdiajew: „Jeśli nie ma Boga – mówił - to człowiek jest istotą całkowicie zależną od przyrody i społeczeństwa, od świata i państwa. Jeśli jest Bóg, to człowiek jest istotą duchowo niezależną”. Co ciekawe, zwłaszcza w odniesieniu do „Legendy”: owo korzystanie z duchowej niezależności, w filozofowaniu, w twórczości, sam autor „Nowego średniowiecza” nazywał „zdrową donkiszoterią”! Przeciwstawiał ją „chorobliwemu hamletyzmowi”, który, biorąc się z się z racjonalistycznej gnoseologii, skutecznie oddziela poznającego od przedmiotu poznania. Tu też pobrzmiewa dziedzictwo teologii negatywnej. A bohater „Legendy” rzeczywiście przypomina Don Kichota. Jego zagubienie w ciemnościach, rozpacz i szaleństwo powoduje zanegowanie racjonalnego porządku i próbę zawieszenia całego sensu egzystencji na tym co nieuchwytne, co może być tylko przedmiotem wiary: „Cały mój świat nie znaczy nic / Ja Ciebie ścigam, wołam Cię aby żyć!”. Cechuje go pasja, która przejawia się w korzystaniu z wszelkich sił duchowych człowieka - nie tylko intelektu, ale też intuicji czy wyobraźni. Realizuje on w tym swą metafizyczną naturę – postulowaną przez Bierdiajewa twórczą wolność.

Cała ta pasja na „Legendzie” okazuje się czymś niezbędnym, żeby sięgnąć, chociaż przelotnie, innych rejonów rzeczywistości, żeby wychwycić przebłyski wyższego świata. Mechanizm, który możemy tu zaobserwować objaśnia Paul Evdokimov: „Przeniknięcie okiem wiary do (…) nadprzyrodzonej „warstwy” rzeczywistości jest możliwe jedynie na drodze bezpośredniego, doświadczalnego wglądu, a nie poprzez schematy pojęciowe i rozumowanie dyskursywne, które prowadzą do „racjonalistycznej idolatrii””. Ów prawosławny teolog podkreśla też, że apofatyczna teologia „traktuje świat stworzony jako „miejsce teofanii”, „księgę objawień”, której „odczytywanie” powinno polegać na rozszyfrowaniu znaków (śladów, obrazów, symboli) Bożej czynnej Obecności – zagadkowej i tajemniczej”, czym kieruje specyficzna logika, zgodnie z którą „to nie nasz umysł oświetla tajemnicę, lecz tajemnica rozjaśnia mroki naszej egzystencji”.

Taka właśnie logika rządzi „Legendą”. Można poszukać od razu dosłownego potwierdzenia jej obecności na płycie: w „Niezwyciężonym” na przykład padają charakterystyczne słowa: „Oddaję Ci swój czas i czekam na znak”; w „Gdzie ja tam będziesz ty” mamy „Na niebie ślad” - „w zdumionych oczach twych”; w „Opowieści zimowej” tajemnicze poetyckie symbole: „blask, ten w dali ptak”, „w białej mgle zniszczony płaszcz”. Traktowaniem rzeczywistości stworzonej jako miejsca teofanii można też nazwać oczywiście owo wpatrywanie się w oczy psa czy wsłuchiwanie w szum fal, o których pisaliśmy wyżej, podobnie zresztą jak o tajemniczych muzycznych znakach w tytułowej „Legendzie”. Najważniejsze jednak, że „Legenda” jako całość – ów zorientowany konstrukt wzniesiony na kanwie przetworzonych mitologicznie obserwacji natury - pokazuje, że głębokie zanurzenie  się w ciemnościach pozaracjonalnego doświadczenia może nieoczekiwanie zrodzić doświadczenie epifanii. Epifania ta, mając związek z przemianami natury, nie tyle zostaje na płycie opowiedziana, co w sposób symboliczny, poprzez zastosowanie różnych środków i subtelności formy artystycznej, uobecniona. 

8. Kosmos

Paul Evdokimov, charakteryzując stosunek człowieka do rzeczywistości stworzonej, do natury, mówi o jego „postawie liturgicznej”, powiada, że człowiek jest uczestnikiem „kosmicznej liturgii”. Biorąc pod uwagę to w jaki sposób przedstawiono na „Legendzie” tajemnicze i doniosłe „przemiany kosmosu”, jak również to, że stanowią one o konstrukcji płyty, a także to jak odnosi się do nich jej bohater, możemy w gruncie rzeczy uznać, że „Legenda” jest owej kosmicznej liturgii obrazem.

Wracamy tu, w nowym kontekście, do wątków mitologicznych. „Sakralna postawa wobec zjawisk otaczających społeczność ludzką” charakteryzowała bowiem, co podkreślał Gieysztor we wstępie do „Mitologii Słowian”, społeczności tradycyjne. Bierdiajew uważał nawet, że tak rozumiane „pogaństwo było koniecznym, podstawowym stopniem w procesie światowego objawienia; bez tego stopnia – twierdził - świat nigdy nie doszedłby do świadomości chrześcijańskiej”. Mówił też, że „w pogaństwie była nieśmiertelna prawda, prawda o boskości duszy świata, boskości matki – ziemi”. Mircea Eliade natomiast szukał w Europie miejsc, gdzie, jak pisał, wciąż żyje wśród ludzi „świadomość sakralności natury”, gdzie „nadal trwa chrześcijaństwo przeżywane jako liturgia kosmiczna”. Triada człowiek – Bóg – historia, tak charakterystyczna, jego zdaniem, dla współczesnej myśli chrześcijańskiej, wydawała mu się bowiem boleśnie niewystarczająca.

Myślę, że „Legenda” mogłaby spełnić niektóre oczekiwania autora „Alchemii azjatyckiej”. Pozbawiona wyraźnych odniesień do współczesności, lokuje się właściwie poza kontekstem historycznym - w innej, bardziej uniwersalnej perspektywie. Organicznie spleciona z tajemniczym życiem kosmosu, odbija więc inną triadę: człowieka, kosmosu i Boga. To przecież kosmos na „Legendzie” rezonuje „tajemnicą tego, co dzieje się między Bogiem i duszami” (od czego nawet „ryby drżą w oceanie”), a historia, związana z czasem linearnym, znajduje się zdecydowanie na dalszym planie. Dla „Legendy” istotniejszy jest czas cykliczny: przemiany kosmosu, jego obrót wokół wertykalnej, kosmicznej osi – to tu koncentruje się uwaga autorów i słuchaczy. Tu też splatają się na pozór nie przystające do siebie duchowe wątki płyty, zgodnie zresztą z tym co skłonny był stwierdzić Eliade: że najważniejsze tajemnice - życia, śmierci, nieśmiertelności - „wszystko to zostało zaszyfrowane w rytmach kosmicznych – wystarczy je zdeszyfrować, by pojąć co „mówi” Kosmos w swych różnorodnych formach bycia, by pojąć misterium życia”.

Warto też wspomnieć w tym miejscu o pokrewnej, ale wyrosłej na gruncie prawosławia idei Sofii, mającej być żywym obrazem Mądrości Bożej. Sofia, zgodnie ze słowami Evdokimova, „wiąże wielość istnień w kosmiczną jedność, żywą całość stworzenia”, dlatego bywa uznawana za duszę świata. Co ciekawe, w sofiologii pojawia się rozróżnienie na Sofię niebiańską (niestworzoną) i Sofię ziemską – stworzoną. Mówi się też, że ze względu na naruszenie porządku hierarchicznego stworzenia (dwie kosmiczne katastrofy, których znaczenie często podkreślał Jerzy Nowosielski: strącenie aniołów i grzech pierworodny) Sofia ziemska zyskała również swoje mroczne oblicze. „Zło wkrada się w szczeliny bytu – pisał Evdokimov - staje się parodią Sofii, „nocnym majakiem stworzeń”, ich maską demoniczną”.

Nie brzmi to wszystko zbyt ortodoksyjnie, ale i w tym tkwi wartość, że „Legenda” nie jest dziełem opartym na przyjętych apriorycznie założeniach, a raczej przedstawia podstawowe doświadczenia człowieka. Doświadczenie i intuicje, które były od zawsze kodowane w językach różnych tradycji duchowych: upiorny sen egzystencji, z którego chcielibyśmy się zbudzić; demoniczna maska rzeczywistości, gliniana skorupa (jak u chasydów), którą chcielibyśmy skruszyć, aby wyzwolić się jak pisklę z jaja; ludzki los, uwikłany w życie kosmosu, i święte prawdy zaklęte w tym, jak przemienia się świat: „Ze śmierci życie, z ciemności blask”. 

9. Bóg

Mówiliśmy dotychczas o naturze, traktowanej jako sfera objawień ducha, przytaczaliśmy słowiańskie mity, w których pojawia się bóstwo (religioznawcy utożsamiają je z Perunem), opisywaliśmy numen, przejawiające się w misterium tremendum et fascinans, zatrzymywaliśmy się nad chrześcijańską inwokacją płyty, nad różnymi przejawami boskości na „Legendzie”. Wszystkie te tropy jednak w pewnym momencie się urywają. Dzieje się tak dlatego, że wizja „Legendy” pozostaje zaskakująco konsekwentnie zgodna z duchem teologii negatywnej, a przecież „tradycja patrystyczna stanowczo przeczy wszelkiemu bezpośredniemu oglądaniu Istoty Bożej, która jest absolutnie niepoznawalna, i uznaje jedynie wizję światłości Bożej znajdującej odbicie w oczyszczonej duszy, która z kolei „przyjmuje w siebie krąg słońca” i pogrąża się w uczuciu bliskości Boga”.

Wydaje mi się niezwykłe, że „Legenda” raczej wyraża tę niepoznawalność, niż próbuje określić to, co wymyka się określeniom. Uchyla okno, tak że do pomieszczenia wpada blask świata zewnętrznego, ale nikt nie próbuje nazywać tego co na zewnątrz się znajduje. W niezwykły sposób oddaje też przepaścistą nieporównywalność rzeczywistości ziemskiej i niebiańskiej. Tam gdzie ta druga zdaje się wkraczać w świat empiryczny, w jednolitym muzycznym materiale płyty pojawiają się dziury. Mam tu (znów) na myśli znacząco oparte na cyfrze „Trzy bajki” oraz wyróżniający się brzmieniem burzowo – akustyczny „Dla każdej samotnej godziny”. Słuchając niezwykłej partii klarnetu Sławomira Gołaszewskiego w tym ostatnim utworze można przypomnieć sobie słowa Bierdiajewa o tym, że „prawdziwe poznanie polega na tym, że tajemnica coraz bardziej się pogłębia”.

Można próbować uchwycić różne aspekty boskości na „Legendzie”, różne jej personalizacje związane z konkretnymi fragmentami płyty, ale to opierałoby się już tylko i wyłącznie na przeczuciach i intuicji. Można też powiedzieć, że tak naprawdę na „Legendzie” światła jest bardzo mało. A jednak trzeba przyznać, że świeci ono wyjątkowo czystym i głębokim blaskiem. Jak flakonik Galadrieli[1]. Z drugiej strony kładzie się ono właściwie bardzo niejednoznacznie, delikatnie - dlatego przypomina stosowaną w ikonopisaniu asystkę. "Asystka nigdy nie ma postaci jednolitego, masywnego złota – pisał przed stu laty Eugeniusz Trubieckoj - jest to jakby eteryczna, powietrzna pajęczyna cienkich złotych promieni...". "Oświecenie Bożym światłem, nierzadko poprzez użycie asystki, odnosi się także do otoczenia - tych jego fragmentów, które już weszły w życie Boże i są przedstawione jako bezpośrednio bliskie Bogu".


[1] „W tym krysztale zamknięte jest w wodzie z mojego źródła światło gwiazdy Earendila. Jaśnieć będzie tym promienniej, im głębsza noc cię otoczy”. (J. R. R. Tolkien, Władca Pierścieni. Wyprawa, Warszawa 1990, s. 508.

10. Człowiek

Teologia wschodnia podkreśla wyraźnie, że pierwotnym przeznaczeniem człowieka był raj, i że owo przeznaczenie pozostawiło w strukturze człowieka, mimo katastrofy grzechu pierworodnego, niezatarty ślad, który na „zawsze określa byt ludzki” i „nawet po upadku ciąży na przeznaczeniu człowieka na ziemi”. „Wrodzona tęsknota za nieśmiertelnością i rajem utraconym”, o której pisze Evdokimov, może być niewyczerpanym źródłem melancholii, może też rodzić tę metafizyczną rozpacz, którą opisywał Szestow („nie jestem stąd” – mówi bohater „Legendy”). Ale owa „pamięć”, ten niezatarty boski ślad w duszy człowieka daje mu też możliwość spoglądania w kierunku utraconej niebiańskiej rzeczywistości.

Można zapytać: skąd bierze się na „Legendzie” radość, skąd pochodzi ów, wspomniany w „Przebłysku” wraz z ogniem, „beztroski śmiech”? Nie jest on przecież czymś błahym, nie jest też rozpaczliwym śmiechem szaleńca. „W śmiechu postrzegam zasadę wyzwalającą, zwyciężającą władzę codzienności” – pisał Bierdiajew. I taki fantastyczny „uśmiech na dnie” („Opowieść zimowa”) pojawia się wyraźnie w kilku miejscach „Legendy”. Towarzyszy na przykład przywoływaniu biblijnych cudów w „Niezwyciężonym” („Szarańcza pożera olbrzymów / I woda tryska ze skał / I nic tu nie ma do rozumienia”), pojawia się też wobec „znawców”, którzy twierdzą, że „Wschód jest za daleko”. Zawsze w miejscach, gdzie rzeczywistość tego świata jest kwestionowana i nadłamywana.

Wszystko to dziwne sprawy przygód duchowych, inspiracji i nawiedzeń. Ale przecież bohater „Legendy” to istota niejednoznaczna i tajemnicza: niejako porzucona w świecie i osamotniona, ale z drugiej strony to przyjaciel i brat („Kochaj mnie”, „Opowieść zimowa”). W jego sytuację wpisany jest ból, ubóstwo, lęk, grzech i śmierć, ale też bunt, twórcza pasja, radość i śmiech. Przebywając w zwyczajnym świecie (dom, las, pies, droga) wciąż znajduje się pomiędzy tymi przeciwieństwami, między biegunami. A jest w nim też coś demiurgicznego, jest ta tajemnica, która umożliwia mu wchodzenie w relacje z wyższym światem - mówiąc językiem teologii wschodniej: jakaś wyraźna pneumatoforyczność. Przypomina to drzewo, o którym mówił Budzyński w cytowanym wcześniej wywiadzie, że „jest miejscem, gdzie może znaleźć schronienie boski posłaniec, ptak – duch – wiatr, który wieje tam gdzie chce – symbol wolności, pieśni i iluminacji”. Już Kochanowski zresztą pisał: „poeta, ze dwojej złożony / Natury” i „Już mi w ptaka białego wierzch się głowy mieni; / (…) / A z ramion sążeniste skrzydła wyrastają”. Ciekawe, bo „Legenda” również odnosi się do problemu twórczości, a przedstawiając twórcę używa podobnej metaforyki – w „Niezwyciężonym” słyszymy przecież: „Jak orzeł spadasz na zdobycz / Ofiarą jestem ja / I piórem z twojego skrzydła / Na wodzie rysuję ślad”. Bohater „Legendy” jest twórcą („To moja pieśń”), i mimo, że ma świadomość nieprzystawalności swej twórczości do tego co chciałby opisać, osiągnąć („żałosna lampa słów” i piosenka, która „nie nadąży i tak”), to jednak podejmuje się tej pracy - w ciągłej relacji ze światem wyższym: „Buduję dom, gdzie zamieszkasz i Ty”.


Sposób przedstawienia twórczej natury człowieka na „Legendzie” bardzo przypomina to, w jaki sposób ujmował ją Mikołaj Bierdiajew. Po pierwsze za „twórczość” uznawał on nie tyle samo tworzenie dzieł kultury, co „wstrząs i poryw całej ludzkiej istoty, ukierunkowanej ku innemu, wyższemu życiu, ku nowemu bytowi”. Podkreślał, że „doświadczenie twórcze nie jest refleksją nad własną niedoskonałością, jest zwróceniem się ku przemienieniu świata, ku nowemu niebu i nowej ziemi”. Podobny charakter i podobną temperaturę mają przeżycia bohatera „Legendy”. Podobne są też jego doświadczenia: twórczy poryw na płycie („Światło, świeć!”) przynosi przecież niespodziewanie wizję świata przemienionego, pozbawionego demonicznej skorupy, oświetlonego niebiańskim blaskiem. Bierdiajew zaznaczał, że „twórczy akt człowieka nie może być całkowicie określany przez materiał, który daje świat”, pojawia się w nim „nowość niezdeterminowana z zewnątrz”, co związane jest z metafizyczną wolnością człowieka. Z „Legendą” jest podobnie: jako dzieło sztuki odwzorowuje oczywiście materię tego świata, ale układa ją w sposób, który kwestionuje jej ostateczność. Na płycie pojawia się też ten twórczy błysk, żywe mgnienia, związane z wnętrzem, z humorem. Według Bierdiajewa owocem twórczego porywu nigdy nie staje się realna przemiana tego świata – to co przedstawia zrealizowane dzieło sztuki, ma jedynie symboliczny charakter. I rzeczywiście: „Legendę” możemy odczytywać jako symbol, jak znak twórczych możliwości człowieka, jego relacji z siłami duchowymi, ale też jako emanację jego wolności. A mówiąc o granicach naszej rzeczywistości „Legenda” staje się też znakiem końca tego świata.

Bierdiajew pisał, że „umiłowanie twórczości jest brakiem umiłowania „świata”, jest niemożliwością pozostania w granicach tego „świata”. Mówił też, że twórczość jest niemożliwa „jeśli nie ma konfliktu, zderzenia z normą i prawem, jeśli nie ma „zakazanej miłości”, wewnętrznych wątpliwości i sprzeczności, (…) jeśli nie istnieje sfera tego, co problematyczne, nie ma męczących wysiłków rozwiązania nowych problemów, nie ma poszukiwania prawdy, która nie spada z góry w gotowej i zastygłej postaci, jeśli nie ma walki ducha”. Podkreślał, że „sztuka ma znaczenie wyzwalające i oczyszczające”, mówił wręcz, że „Królestwo Boże przychodzi również przez twórczość człowieka”. Widać w tym ogromną wagę, jaką ów „filozof wolności” przywiązywał do twórczych możliwości człowieka, co wiązało się zresztą z wyznawaną przez niego ideą Bogoczłowieczeństwa. „Legenda” może nie idzie w tym kierunku aż tak daleko, ale z drugiej strony już wcześniej mówiliśmy o obrazie współdziałania Boga i człowieka na płycie, o tej swoistej synergii, która pozostaje w zgodzie z tym co mówił święty Maksym Wyznawca: „Aby osiągnąć niebo, człowiek posiada dwa skrzydła: własną wolność i łaskę Bożą”. Ciekawe zresztą jest to, że w tych miejscach „Legendy”, w których mamy do czynienia z „twórczymi porywami” pojawia się wciąż motyw blasku, a w „Przebłysku” pojawia się nawet jego źródło, a wraz z nim rys, można powiedzieć, prometejski: „Przyniosłeś ogień”. Symbolika, z którą mamy tu do czynienia przywodzi na myśl osobę Świętego Ducha.

11. Wyobraźnia


Mówiliśmy na początku o tym, jakie znaczenie dla powstania „Legendy” miał pobyt w Stanclewie, „wśród pól i lasów”, kiedy to zespół działał, zgodnie ze słowami Budzyńskiego, „w innym czasie, innym rytmem”. Tę okoliczność docenił by pewnie Bierdiajew – twierdził on przecież, że „człowiek powinien okresowo dochodzić do chwil kontemplacji. Wyjątkowy dynamizm, nieustanna aktywność albo niszczą człowieka, albo przekształcają go w mechanizm. Na tym polega tragizm naszej epoki” - podkreślał. Obserwacja, nawet mimowolna, przyrody i jej przemian, doświadczanie czasu, mierzonego długością nocy i dnia, długością pór roku, rzeczywiście może stanowić oddech dla człowieka. Może odsyłać go, wewnętrznie, do tego co dawne, wiekowe, do tego czego człowiek doświadczał przez epoki, zanim nadciągnęła współczesność. Takie naturalne okoliczności, długie trwanie, obserwacja zmierzchu albo ognia, sprzyjają zapewne powstawaniu dział uniwersalnych i głębokich. Wszak, jak twierdził Paweł Florenski: „jest rzeczą powszechnie znaną, że światło elektryczne przytępia psychiczną wrażliwość”. I chyba rzeczywiście: nieco inaczej widzą oczy, które nawykły do naturalnego mroku. Są, jeśli można tak powiedzieć, bardziej światłoczułe.

„Legenda”, już czarno - biała okładka to zapowiada, jest płytą kontrastów. Dzień i noc, światło i ciemność, śmierć i życie, zima i wiosna, zło i dobro – to najważniejsze przeciwieństwa. Płyta rozgrywa się właśnie na pograniczach, na krawędziach: tak jak noc oddziela jeden dzień od drugiego, tak jak zima stanowi granicę między sezonami wegetacji… To są właśnie najważniejsze na płycie momenty: w zimowej ciszy rozlega się wiosenny grzmot, ze śmierci rodzi się życie, „z ciemności blask”. Ale na „Legendzie” istotne jest jeszcze jedno przeciwstawienie i jeszcze jedna granica: ta, która oddziela widzialne od niewidzialnego. Dotykamy w tym momencie kwestii samej twórczości - warto przypomnieć w związku z tym to, co deklarował przed laty Budzyński:  „Nie poczuwam się do żadnej rockowej ideologii czy mitu - mówił - jedno do czego się poczuwam, to własna wyobraźnia”. To bardzo ciekawa kwestia, bo wyobraźnię kształtują bardzo różne czynniki: zwykłe doświadczenia życia codziennego, ale też rozmaite przejawy kultury - cały kosmos zjawisk, wszystko to, z czym styka się człowiek od swojego początku. Uznaje się ją jednak za zonę wolności, sferę nie całkiem zdeterminowaną przez czynniki zewnętrzne. To wyobraźnia przecież jest tym „miejscem”, w którym rodzi się impuls twórczy. „Pracuje” ona na styku tego co świadome i nieświadome - może więc ujawniać, co kryje się w podświadomości człowieka. I to właśnie wyobraźnia stanowi tę granicę między widzialnym i niewidzialnym. To dzięki niej przecież rzeczy niewidzialne (wymyślone) przybierają widzialne formy. Choć można też powiedzieć, że niekiedy obrazy w wyobraźni powstają samoistnie, niejako bez udziału woli. Być może jest ona jakąś delikatną, światłoczułą błoną, na której impulsy z tej i tamtej strony wywołują obrazy, a one później stają się podstawą twórczości.

„A sen? – ach ten świat cichy, głuchy, tajemniczy, / Życie duszy, czyż nie jest warte badań ludzi! / Któż jego miejsce zmierzy, kto jego czas zliczy!” Warto zatrzymać się tu również i nad tym pytaniem, a to dlatego, że wyobraźnia wydaje się pokrewna snom. Zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę ujęcie Florenskiego, który pisał, że „życie naszej własnej duszy stanowi punkt wyjścia do rozważań nad sprawą granicy między dwoma przylegającymi do siebie światami, albowiem w nas samych życie w świecie widzialnym przeplata się z życiem w świecie niewidzialnym”. Uwagi autora „Ikonostasu” wydają mi się na tyle ciekawe, że pozwolę sobie (znów!) na obszerne cytowanie. „Zdarzają się więc chwile – pisał Florenski - niechaj będą one krótkie, zredukowane do najmniejszej drobiny czasu – gdy owe światy przylegają do siebie i ów styk może stać się dla nas przedmiotem kontemplacji. Niekiedy osłona świata widzialnego zostaje w nas przedarta i poprzez szczelinę, której jesteśmy świadomi, napływa niewidzialny, nieziemski powiew. Ten i tamten świat otwierają się przed sobą, życie nasze przekształca się w nieprzerwany ciąg, na podobieństwo ognistego słupa powietrza, który wznosi się nad żarem paleniska. Sen – to pierwszy i podstawowy stopień życia w świecie niewidzialnym, przywykliśmy go bowiem traktować jako coś niewidzialnego”. I dalej wyjaśnia: „Marzenia senne są (…) w istocie rzeczy obrazami, które oddzielają świat widzialny od świata niewidzialnego, dzielą i równocześnie łączą oba światy. Owo graniczne miejsce tych obrazów w marzeniu sennym sprawia, że odnoszą się zarówno do tego, jak i do tamtego świata. Wobec zwykłych obrazów świata widzialnego, wobec tego co nazywamy „rzeczywistością” marzenie senne jest „tylko snem”, czymś bez znaczenia – nihil visible. Wprawdzie nihil, ale jednak visible. A więc, coś bez znaczenia, jednakże widzialne, poddające się kontemplacji i dzięki temu bliskie obrazom tej „rzeczywistości”.

Tak jak natura wyobraźni wydaje się być bliska naturze snu, tak też „Legenda”, jako dzieło sztuki, wydaje się być bliska obu tym tajemniczym zjawiskom. Sądzę nawet, że można dopatrywać się w niej obrazu doświadczenia podobnego do tego, które opisywał Florenski. Potwierdza to też struktura płyty, która jest teleologiczna, czyli celowa: od początku prowadzi do ukazania tego, co stanowiło impuls dla stworzenia płyty. Podobną strukturę Florenski dostrzegał w marzeniu sennym, twierdził przy tym, że czas snu może mieć „konstrukcję odwrotną do tej, która obowiązuje w świecie widzialnym”. Chcąc to udowodnić powoływał się na badania współczesnych mu psychologów, z których wynikało, że w chwili gdy jakiś gwałtowny bodziec zewnętrzny powoduje przerwanie snu, to zwykle znajduje to odzwierciedlenie w marzeniu sennym: odbicie owego bodźca zostaje wplecione w treść marzenia, jako jego punkt kulminacyjny, po którym następuje przebudzenie. Odbicie bodźca zewnętrznego, który spowodował powstanie snu, jest przy tym równocześnie logicznym zwieńczeniem jego treści. Rzeczywiście mamy tu więc do czynienia z odwrotną konstrukcją czasu w marzeniu sennym: nie od przyczyn do skutku, ale od skutku do przyczyn. Ale na „Legendzie” jest podobnie: zaczynamy w miejscu, w którym nie wiemy co przyniesie finał płyty, dopiero zaczynamy zmierzać ku niemu, krok za krokiem. Ale przecież płyta powstała właśnie po to, żeby pokazać to finałowe doświadczenie transcendencji - czyli to, co jako słuchacze odczytujemy jako następstwo kolejnych kroków, jako skutek ich stawiania, w istocie stanowi ich przyczynę i przyczynę powstania całego albumu!


Okazuje się więc, że artykuł, który zawierał wspomnienia Brylewskiego i Budzyńskiego z czasu powstawania płyty, został opatrzony przez Rafała Księżyka wyjątkowo trafnym tytułem, zawierał pytanie: „Komu przyśniła się Legenda?” A idąc dalej tropem prawosławnych myślicieli możemy sięgnąć jeszcze do Sergiusz Bułgakowa. Dla niego bowiem owa granica między światem widzialnym a niewidzialnym, czyli, inaczej mówiąc, między ziemią i niebem, związana jest ze światem anielskim. W tym duchu w swej książce „Drabina Jakubowa” odczytuje on zdanie z Księgi Rodzaju o stworzeniu na początku nieba i ziemi. Literę/słowo „i” odnosi on właśnie do anielskich pośredników między Stwórcą a stworzeniem, pisze, że właśnie „to słowo Słowa Bożego zawiera w sobie naukę o relacji świata anielskiego i ludzkiego, nieba i ziemi”. Można by w tym miejscu powiedzieć: „i” jak inspiracja. I odnieść myśl Bułgakowa do naszych wcześniejszych rozważań. Bo też faktycznie w naszej tradycji sfera marzenia czy snu bywa wyraźnie wiązana z obecnością anielską. Tak wygląda to na przykład w celi Gustawa/Konrada - w scenie, którą już powyżej przywołaliśmy, a która kończy się przecież monologiem ducha nad śpiącym więźniem. „Kiedy myśl w twojej głowie, jako iskra w chmurze, / Zabłyśnie niewidzialna – powiada duch - obłoki zgromadza, / I tworzy deszcz rodzajny lub gromy i burze”. Czyżby znów „głupiec na chmurze”? A duch mówi dalej: „Gdybyś wiedział, że ledwie jedną myśl rozniecisz, / Już czekają w milczeniu, jak gromu żywioły, / Tak czekają twej myśli – szatan i anioły: / Czy ty w piekło uderzysz, czy w niebo zaświecisz; / A ty jak obłok górny, ale błędny pałasz”.

I tak jak w celi klasztoru Bazylianów kończy się historia Gustawa, a rozpoczyna rzecz Konrada, tak też „Legenda” stanowi koniec jakiejś drogi, ale przede wszystkim początek następnej. Możemy śledzić jej bieg na płytach zespołu Armia i na solowych albumach Tomasza Budzyńskiego, które ukazywały się w latach późniejszych, aż do chwili obecnej. Co do samej „Legendy” jednak, w kwestii wspólnej wędrówki z zespołem, to na dziś już wszystko.