sobota, 5 stycznia 2013

1. Stanclewo i Noreńska: wątki peryferyjne


Tomasz Budzyński, jeden z twórców „Legendy”, niejednokrotnie wspominał, że płyta ta rodziła się niespiesznie i naturalnie, z dala od zgiełku miast, wśród pól i lasów, a dokładnie w kolonii Stanclewo na Mazurach. Tam właśnie, w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, osiedliło się wiele osób związanych z zespołami Armia i Izrael, tworząc, można powiedzieć, artystyczną komunę. „Żyło się tam w innym czasie, innym rytmem – wspomina Budzyński - jestem pewien, że w takich warunkach powstaje muzyka inna niż w mieście”. „Gdy nagrywaliśmy gitarę w utworze "Legenda", w nocy podczas przerwy, przez otwarte okno usłyszeliśmy zawodzący śpiew ptaka. I Robert powtórzył ten dźwięk na gitarze, za chwilę już to graliśmy”.

Historia pełna urody, można powiedzieć nawet pastoralna. Trzeba jednak wspomnieć o jej ponurym tle: PRL, lata po stanie wojennym. I również czasy wcześniejsze: okres rządów Gomułki, Gierka, Jaruzelskiego, kiedy dojrzewali autorzy płyty. W tym kontekście ich życie „poza miastem”, prowadzenie działalności artystycznej można niewątpliwie uznać za formy kontestacji, za aktywności dysydenckie. Chcąc zagłębić się w genezę płyty musimy zająć się tym problemem, a naszym przewodnikiem będzie przez chwilę Josif Brodski. Okazuje się bowiem, toutes proportions gardées, że wiele z jego refleksji, dotyczących człowieka i jego funkcjonowania w ramach opresyjnego systemu, bardzo pasuje do zespołu Armia, szczególnie w odniesieniu do czasu, który nas interesuje.

Brodski charakteryzował siebie jako, przede wszystkim, człowieka prywatnego, unikającego wszelkich natręctw życia społecznego. Postawa taka zaważyła oczywiście na jego losach, przynosząc, w praktyce życia w ZSRR, represje: zesłanie, a później wygnanie. Tłumacząc genezę swojej postawy, przyczyny wyłączenia siebie z systemu (np. nagłe, podczas lekcji, porzucenie szkoły), wspominał on o uleganiu instynktowi. Mówił prosto: „chłopiec, który chciał wywalczyć sobie własny, najbliższy los, miał przed sobą jedyną drogę – wypaść z kolein”. W innym miejscu, ujmując rzecz ogólniej, stwierdzał: „Jednostka winna ignorować okoliczności. Odwoływać się do kategorii mniej lub bardziej ponadczasowych. Bo kiedy zaczyna się redagować – w ramach tego, co na dzień bieżący dozwolone bądź niedozwolone – własną etykę, moralność, to istna katastrofa”. Sam zwykł odwoływać się przed wszystkim do tego, co wypływa z wnętrza człowieka, a także do kultury (szczególnie tej związanej z językiem), która, jak twierdził, wyprowadza jednostkę w kierunku tego, co indywidualne i ponadczasowe. „Język i – jak się zdaje - literatura to rzeczy starożytne, bardziej konieczne i długowieczne aniżeli jakakolwiek forma organizacji społecznej – mówił wobec Akademii Szwedzkiej - oburzenie, ironia lub obojętność, z jakimi literatura często-gęsto odnosi się do państwa, są w istocie reakcją tego, co stałe a właściwie nieskończone na to, co przemijające i ograniczone”. Podkreślając zaś znaczenie wyłączenia się, uwolnienia spod wpływu bieżących zjawisk, powiadał (już w innym miejscu): „Uciekając ku peryferiom, oddalasz się od wszystkiego i trafiasz na świat autentyczny”. W jego przypadku ową sferą peryferyjną stało się miejsce zesłania. Autor „Wielkiej elegii dla Johna Donne’a” wspominał ten okres swojego życia jako, paradoksalnie, jeden z najlepszych. Podkreślał wagę zetknięcia się z życiem silnie podporządkowanym rytmowi przyrody, z zupełnie innym rodzajem trwania człowieka w czasie, które, jak pisał, może rozbudzać specyficzne intuicje. „I ujawnia się w tobie – wspominał mimochodem - jakby prehistoryczna pamięć epoki lodowej, takich tam rzeczy”. Pisał również o samej Północy: „Człowiek nie ma tam nic do roboty – ani jako ruchomy składnik pejzażu, ani jako widz. Bo i co tam zobaczy? Ale ta niebywała monotonia wyjawia w efekcie to i owo o życiu i świecie”. Bo też „im mniej mózg dostaje informacji, tym wydatniej pracuje wyobraźnia”. Posługując się taką logiką mógł też głosić, że „peryferie – to nie kres, ale punkt wyjścia świata. Koniec zwykłego, lecz początek niezwykłego świata, rzecz jasna, nieskończenie większego”.




Trudno oczywiście porównywać obwód archangielski z powiatem olsztyńskim, gdzie położone jest Stanclewo, ale też w naszym odniesieniu do Brodskiego nie idzie o porównywanie losów czy sytuacji artystów. Chodzi raczej o sformułowane przez rosyjskiego poetę zasadnicze kategorie, o tę szczególnie ugruntowaną hierarchię wartości, której jako człowiek i artysta pozostawał wierny. „Legenda” jest płytą, która do owych hierarchii i kategorii wyjątkowo pasuje. Jej jądro stanowi przecież odwołanie się do tego, co starożytne i ponadczasowe, do tego co stanowi indywidualne przeżycie, a co rodzi się w długotrwałym kontakcie z rytmem przyrody. Prócz wyraźnych nawiązań do różnych (często podskórnych) prądów, oraz wiekowych (lecz żywych!) nurtów euroazjatyckiej kultury, dostrzec można w „Legendzie” (czego zresztą postaramy się jeszcze dowieść) realizację koncepcji Schulza, który pisał (w jednym z listów do Witkacego), że sztuka jest „sondą zapuszczaną w bezimienne”, że „korzenie indywidualnego ducha, dostatecznie głęboko w głąb ścigane, gubią się w mitycznym jakimś mateczniku”. Oś świata, o którym opowiada płyta (a zapewniam, że nie jest to jedynie literacka metafora), przebiega właśnie tam, z dala od spraw państwa czy społeczeństwa, w regionach silnych, tajemniczych wrażeń i odczuć, chciałoby się nawet powiedzieć „w regionach wielkiej herezji”.

Odetchnięcie wolną, (wie)czystą, nasyconą ozonem atmosferą tego świata przynosi ogromną satysfakcję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz