sobota, 5 stycznia 2013

11. Wyobraźnia


Mówiliśmy na początku o tym, jakie znaczenie dla powstania „Legendy” miał pobyt w Stanclewie, „wśród pól i lasów”, kiedy to zespół działał, zgodnie ze słowami Budzyńskiego, „w innym czasie, innym rytmem”. Tę okoliczność docenił by pewnie Bierdiajew – twierdził on przecież, że „człowiek powinien okresowo dochodzić do chwil kontemplacji. Wyjątkowy dynamizm, nieustanna aktywność albo niszczą człowieka, albo przekształcają go w mechanizm. Na tym polega tragizm naszej epoki” - podkreślał. Obserwacja, nawet mimowolna, przyrody i jej przemian, doświadczanie czasu, mierzonego długością nocy i dnia, długością pór roku, rzeczywiście może stanowić oddech dla człowieka. Może odsyłać go, wewnętrznie, do tego co dawne, wiekowe, do tego czego człowiek doświadczał przez epoki, zanim nadciągnęła współczesność. Takie naturalne okoliczności, długie trwanie, obserwacja zmierzchu albo ognia, sprzyjają zapewne powstawaniu dział uniwersalnych i głębokich. Wszak, jak twierdził Paweł Florenski: „jest rzeczą powszechnie znaną, że światło elektryczne przytępia psychiczną wrażliwość”. I chyba rzeczywiście: nieco inaczej widzą oczy, które nawykły do naturalnego mroku. Są, jeśli można tak powiedzieć, bardziej światłoczułe.

„Legenda”, już czarno - biała okładka to zapowiada, jest płytą kontrastów. Dzień i noc, światło i ciemność, śmierć i życie, zima i wiosna, zło i dobro – to najważniejsze przeciwieństwa. Płyta rozgrywa się właśnie na pograniczach, na krawędziach: tak jak noc oddziela jeden dzień od drugiego, tak jak zima stanowi granicę między sezonami wegetacji… To są właśnie najważniejsze na płycie momenty: w zimowej ciszy rozlega się wiosenny grzmot, ze śmierci rodzi się życie, „z ciemności blask”. Ale na „Legendzie” istotne jest jeszcze jedno przeciwstawienie i jeszcze jedna granica: ta, która oddziela widzialne od niewidzialnego. Dotykamy w tym momencie kwestii samej twórczości - warto przypomnieć w związku z tym to, co deklarował przed laty Budzyński:  „Nie poczuwam się do żadnej rockowej ideologii czy mitu - mówił - jedno do czego się poczuwam, to własna wyobraźnia”. To bardzo ciekawa kwestia, bo wyobraźnię kształtują bardzo różne czynniki: zwykłe doświadczenia życia codziennego, ale też rozmaite przejawy kultury - cały kosmos zjawisk, wszystko to, z czym styka się człowiek od swojego początku. Uznaje się ją jednak za zonę wolności, sferę nie całkiem zdeterminowaną przez czynniki zewnętrzne. To wyobraźnia przecież jest tym „miejscem”, w którym rodzi się impuls twórczy. „Pracuje” ona na styku tego co świadome i nieświadome - może więc ujawniać, co kryje się w podświadomości człowieka. I to właśnie wyobraźnia stanowi tę granicę między widzialnym i niewidzialnym. To dzięki niej przecież rzeczy niewidzialne (wymyślone) przybierają widzialne formy. Choć można też powiedzieć, że niekiedy obrazy w wyobraźni powstają samoistnie, niejako bez udziału woli. Być może jest ona jakąś delikatną, światłoczułą błoną, na której impulsy z tej i tamtej strony wywołują obrazy, a one później stają się podstawą twórczości.

„A sen? – ach ten świat cichy, głuchy, tajemniczy, / Życie duszy, czyż nie jest warte badań ludzi! / Któż jego miejsce zmierzy, kto jego czas zliczy!” Warto zatrzymać się tu również i nad tym pytaniem, a to dlatego, że wyobraźnia wydaje się pokrewna snom. Zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę ujęcie Florenskiego, który pisał, że „życie naszej własnej duszy stanowi punkt wyjścia do rozważań nad sprawą granicy między dwoma przylegającymi do siebie światami, albowiem w nas samych życie w świecie widzialnym przeplata się z życiem w świecie niewidzialnym”. Uwagi autora „Ikonostasu” wydają mi się na tyle ciekawe, że pozwolę sobie (znów!) na obszerne cytowanie. „Zdarzają się więc chwile – pisał Florenski - niechaj będą one krótkie, zredukowane do najmniejszej drobiny czasu – gdy owe światy przylegają do siebie i ów styk może stać się dla nas przedmiotem kontemplacji. Niekiedy osłona świata widzialnego zostaje w nas przedarta i poprzez szczelinę, której jesteśmy świadomi, napływa niewidzialny, nieziemski powiew. Ten i tamten świat otwierają się przed sobą, życie nasze przekształca się w nieprzerwany ciąg, na podobieństwo ognistego słupa powietrza, który wznosi się nad żarem paleniska. Sen – to pierwszy i podstawowy stopień życia w świecie niewidzialnym, przywykliśmy go bowiem traktować jako coś niewidzialnego”. I dalej wyjaśnia: „Marzenia senne są (…) w istocie rzeczy obrazami, które oddzielają świat widzialny od świata niewidzialnego, dzielą i równocześnie łączą oba światy. Owo graniczne miejsce tych obrazów w marzeniu sennym sprawia, że odnoszą się zarówno do tego, jak i do tamtego świata. Wobec zwykłych obrazów świata widzialnego, wobec tego co nazywamy „rzeczywistością” marzenie senne jest „tylko snem”, czymś bez znaczenia – nihil visible. Wprawdzie nihil, ale jednak visible. A więc, coś bez znaczenia, jednakże widzialne, poddające się kontemplacji i dzięki temu bliskie obrazom tej „rzeczywistości”.

Tak jak natura wyobraźni wydaje się być bliska naturze snu, tak też „Legenda”, jako dzieło sztuki, wydaje się być bliska obu tym tajemniczym zjawiskom. Sądzę nawet, że można dopatrywać się w niej obrazu doświadczenia podobnego do tego, które opisywał Florenski. Potwierdza to też struktura płyty, która jest teleologiczna, czyli celowa: od początku prowadzi do ukazania tego, co stanowiło impuls dla stworzenia płyty. Podobną strukturę Florenski dostrzegał w marzeniu sennym, twierdził przy tym, że czas snu może mieć „konstrukcję odwrotną do tej, która obowiązuje w świecie widzialnym”. Chcąc to udowodnić powoływał się na badania współczesnych mu psychologów, z których wynikało, że w chwili gdy jakiś gwałtowny bodziec zewnętrzny powoduje przerwanie snu, to zwykle znajduje to odzwierciedlenie w marzeniu sennym: odbicie owego bodźca zostaje wplecione w treść marzenia, jako jego punkt kulminacyjny, po którym następuje przebudzenie. Odbicie bodźca zewnętrznego, który spowodował powstanie snu, jest przy tym równocześnie logicznym zwieńczeniem jego treści. Rzeczywiście mamy tu więc do czynienia z odwrotną konstrukcją czasu w marzeniu sennym: nie od przyczyn do skutku, ale od skutku do przyczyn. Ale na „Legendzie” jest podobnie: zaczynamy w miejscu, w którym nie wiemy co przyniesie finał płyty, dopiero zaczynamy zmierzać ku niemu, krok za krokiem. Ale przecież płyta powstała właśnie po to, żeby pokazać to finałowe doświadczenie transcendencji - czyli to, co jako słuchacze odczytujemy jako następstwo kolejnych kroków, jako skutek ich stawiania, w istocie stanowi ich przyczynę i przyczynę powstania całego albumu!


Okazuje się więc, że artykuł, który zawierał wspomnienia Brylewskiego i Budzyńskiego z czasu powstawania płyty, został opatrzony przez Rafała Księżyka wyjątkowo trafnym tytułem, zawierał pytanie: „Komu przyśniła się Legenda?” A idąc dalej tropem prawosławnych myślicieli możemy sięgnąć jeszcze do Sergiusz Bułgakowa. Dla niego bowiem owa granica między światem widzialnym a niewidzialnym, czyli, inaczej mówiąc, między ziemią i niebem, związana jest ze światem anielskim. W tym duchu w swej książce „Drabina Jakubowa” odczytuje on zdanie z Księgi Rodzaju o stworzeniu na początku nieba i ziemi. Literę/słowo „i” odnosi on właśnie do anielskich pośredników między Stwórcą a stworzeniem, pisze, że właśnie „to słowo Słowa Bożego zawiera w sobie naukę o relacji świata anielskiego i ludzkiego, nieba i ziemi”. Można by w tym miejscu powiedzieć: „i” jak inspiracja. I odnieść myśl Bułgakowa do naszych wcześniejszych rozważań. Bo też faktycznie w naszej tradycji sfera marzenia czy snu bywa wyraźnie wiązana z obecnością anielską. Tak wygląda to na przykład w celi Gustawa/Konrada - w scenie, którą już powyżej przywołaliśmy, a która kończy się przecież monologiem ducha nad śpiącym więźniem. „Kiedy myśl w twojej głowie, jako iskra w chmurze, / Zabłyśnie niewidzialna – powiada duch - obłoki zgromadza, / I tworzy deszcz rodzajny lub gromy i burze”. Czyżby znów „głupiec na chmurze”? A duch mówi dalej: „Gdybyś wiedział, że ledwie jedną myśl rozniecisz, / Już czekają w milczeniu, jak gromu żywioły, / Tak czekają twej myśli – szatan i anioły: / Czy ty w piekło uderzysz, czy w niebo zaświecisz; / A ty jak obłok górny, ale błędny pałasz”.

I tak jak w celi klasztoru Bazylianów kończy się historia Gustawa, a rozpoczyna rzecz Konrada, tak też „Legenda” stanowi koniec jakiejś drogi, ale przede wszystkim początek następnej. Możemy śledzić jej bieg na płytach zespołu Armia i na solowych albumach Tomasza Budzyńskiego, które ukazywały się w latach późniejszych, aż do chwili obecnej. Co do samej „Legendy” jednak, w kwestii wspólnej wędrówki z zespołem, to na dziś już wszystko.




3 komentarze:

  1. Trudno słowami wyrazić wdzięczność za tę wnikliwą analizę "Legendy".Czy "Triodante" doczeka się również tak wnikliwej obserwacji? Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Trudno słowami wyrazić wdzięczność za tę wnikliwą analizę "Legendy".Czy "Triodante" doczeka się również tak wnikliwej obserwacji? Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe sowo! Były różne pomysły w odniesieniu do Triodante czy innych płyt Armii, ale na razie nic z nich nie wynikło. Nie mówię jednak "nigdy" :-) .

      Usuń