sobota, 5 stycznia 2013

4. Solstycjum i ekwinokcjum, albo wątki mitologiczne „Legendy”

W swym „Traktacie o historii religii” Mircea Eliade zawarł następujące spostrzeżenie: „Już proste wpatrywanie się w sklepienie niebieskie wzbudza w świadomości człowieka pierwotnego przeżycie religijne”. Eliade mówił też o znaczeniu takiego aktu dla świadomości człowieka: „Takie proste wpatrywanie się, kontemplacja, równa się objawieniu. Niebo objawia się w całej swej rzeczywistości: nieskończone, transcendentne. Sklepienie niebieskie jest w najwyższym stopniu „czymś całkiem innym”, różnym od tego maleńkiego skrawka ziemi, który zajmuje człowiek i jego przestrzeń życiowa”. Rumuńskiemu religioznawcy wtórował Aleksander Gieysztor: „Niebo jako sklepienie gwiaździste i słoneczny bezmiar powietrzny miało i ma zawsze najwyższą wartość mitotwórczą i w ogóle religijną. (…) Niebo objawia mianowicie bezpośrednio każdemu patrzącemu nań w dzień i w nocy swoją moc sakralną wychodzącą ponad człowieka, prowokuje swym widokiem najgłębsze ludzkie zadziwienie światem”.

Przywoływane już słowa „Przebłysku” doskonale współbrzmią z powyższymi cytatami: „Oko do nieba / Do ziemi trup / Pomiędzy tym żałosna lampa słów / Cały mój świat nie znaczy nic”. Jestem przekonany, że „Legenda” jako całość jest w dużym stopniu owocem takiego pierwotnego, można powiedzieć archetypicznego, doznania, opisywanego przez religioznawców. Takie właśnie doświadczenie, które przenika świadomość, ale dotyka też tego co podświadome, ma moim zdaniem dla „Legendy” - dla jej kształtu i charakteru - znaczenie fundamentalne: określa gwałtowną muzyczną formę, niesamowitą atmosferę, a także język płyty, który jest językiem mitu, językiem symbolu - zgodnie z tym co pisał Eliade: „Symbolika jest bezpośrednim tworem totalnej świadomości, tzn. świadomości człowieka, który odkrywa siebie jako takiego, który uświadamia sobie swoje miejsce we wszechświecie”.




Doświadczenie sacrum przejawia się w świadomości człowieka na różne sposoby (do czego zresztą jeszcze będziemy wracać) - jednym z nich jest bojaźń. Strachem podszytych fragmentów „Legendy” można znaleźć co najmniej kilka, ale najwyraźniejszy jest on w „Opowieści zimowej”. Utwór ten zdaje się mówić wprost o tym, że świat może zostać zniszczony. „Wiatr się zrywa”, „bije dzwon”. I nawet „ryby drżą w oceanie”. Jest takie miejsce w tym utworze - wyciszenie między drugą i trzecią zwrotką - które obrazuje, w moim odczuciu, właśnie ten moment: świat staje na krawędzi i nie wiadomo co się dalej stanie. Słychać dziwne odgłosy: jakby echa kosmicznej walki, w momencie kosmicznego przesilenia.

Warto zatrzymać się w tym ważnym dla struktury płyty momencie, by przytoczyć jedną ze słowiańskich legend, zrekonstruowaną przez Gieysztora w „Mitologii Słowian”. W legendzie tej jest mowa właśnie o kosmicznym konflikcie. Otóż „podstawowe składniki opowiadania są następujące. Bóstwo jest wysoko, zwykle na górze, w niebiosach, gdzie przebywa ze słońcem i księżycem, lub na wierzchołku trójdzielnego drzewa patrzącego na cztery strony świata. Nieprzyjaciel jest nisko, wśród korzeni drzewa, na czarnym runie. Nieprzyjaciel kradnie bydło, chowa je w pieczarze, za skałą. Sam zaś ukrywa się pod postacią człowieka, konia, krowy, chowa się pod drzewem lub pod kamieniem. Bóstwo piorunów konno lub na wozie rozłupuje drzewo piorunem lub młotem i spala je, lub też rozbija kamień. Po zwycięstwie następuje uwolnienie wód, padają deszcze. Nieprzyjaciel chowa się w wodach podziemnych”.

Mit ten, w którym uderzenie pioruna i owo „uwolnienie wód” oznaczało pierwszą, wiosenną burzę, miał objaśniać cykliczne umieranie i odradzanie się świata przyrody. Okazuje się, że niektóre znaczące elementy tego opowiadania odnajdziemy również na płycie „Legenda”: mamy tam przecież i walkę z Nieprzyjacielem („Zły” w „Opowieści zimowej”) i szczęśliwe zakończenie w postaci gwałtownej burzy („Dla każdej samotnej godziny”). Można by więc zaryzykować twierdzenie, że ta dawna mitologiczna opowieść, stanowi w jakimś stopniu kanwę dla historii opowiedzianej przez zespół. Sądzę, że podobieństwa, z którymi mamy tu do czynienia, są na tyle wyraźne i ciekawe, żeby sprowokować sięgnięcie po inne słowiańskie legendy.

 „Na początku nic nie było poza niebem i morzem, Bogiem, który płynął łodzią, i diabłem wyłaniającym się z piany morskiej, który przysiadł się do Boga” - relacjonuje główny mit kosmogoniczny Gieysztor. „Pomysł stworzenia Ziemi podsunął Bogu diabeł, który sam tego nie mógł wykonać. Diabeł zanurzył się i wydobył z dna garść piasku, Bóg rzucił ją na wodę i stworzył zaczątek Ziemi tak szczupły, że obaj ledwo się na niej pomieścili. Bóg i diabeł zamieszkali Ziemię, diabeł zamyślił zepchnąć śpiącego Boga do wody, ale przyczynił się tym do rozrastania lądu od strony Boga, od wschodu i od własnej strony, od zachodu. Obaj stwórcy wszczęli spór, który skończył się odejściem Boga w niebiosa i strąceniem diabła, który też tam podążył, piorunami w otchłań”. Gieysztor dopowiada, że w pewnych wariantach opowieści „…diabeł zachowuje nieco piasku tworzenia pod językiem, a kiedy Ziemia zaczyna rosnąć, piasek rozsadza usta diabła, który go wypluwa, i tak miały powstać góry, bagna i pustkowia”.

Trójdzielny kosmos i niepewny ludzki świat, zawieszony między niebem a otchłanią – widzimy tu te same obrazy, które wcześniej opisywaliśmy jako wspólne elementy „Ody” i „Legendy”. Widać tu też wyraźnie skąd mogły się wziąć w wyobraźni Mickiewicza „wody trupie” i „obszary gnuśności zalane odmętem”. Być może po prostu i w „Odzie” i na „Legendzie” dały o sobie znać jakieś dawne obrazy, które spoczywając w naszej podświadomości kształtują pewne wyobrażenia. Może też sama „Legenda” ujawnia mimochodem jakieś, nazwijmy to, „słowiańskie archetypy”[1]. Zwłaszcza, że na płycie Armii możemy odnaleźć jeszcze inne nitki mitologicznej osnowy, niż te przed chwilą odsłonięte.

Na przykład: w przytoczonym micie kosmogonicznym zwraca uwagę problem dualizmu fundamentalnych dla powstania (i trwania) świata sił. Jak wyjaśniał Gieysztor - „z opowiadań ludowych wyłania się świat dwoisty między Bogiem na niebie a diabłem w podziemiu – pośrodku to co na  ziemi i pod sklepieniem niebieskim jest sceną walki – i obiegu wody z podziemia w chmury i ognia z niebios na ziemię”. „Legenda” również wpisuje się w ten dualistyczny schemat: na płycie mamy poczucie notorycznego zagrożenia ze strony Złego; co więcej: rzeczywistość, z którą ma do czynienia bohater płyty, wykazuje cechy, można powiedzieć, demoniczne. „Pustynia śpi, zabija świat” słyszymy na przykład w „Opowieści zimowej”. Utwór „To czego nigdy nie widziałem” rozgrywa się „pośrodku jałowej ziemi” – czy to nie ta wypluta przez diabła? Z kolei w piosence „Legenda” pojawia się „ciemna magiczna moc” oraz świat, w którym trwanie jest „martwym snem” i oznacza „powolną śmierć”. Z drugiej strony bohater płyty ciągle zwraca się o ratunek do kogoś, w kim możemy się domyślać, jak w słowiańskim micie, dobrego Boga. On jednak znajduje się w oddaleniu, „w niebiosach” jak powiedział Gieysztor - „a my na dole patrzymy do góry” („To czego nigdy nie widziałem”). W końcu jednak, tak jak w dawnej legendzie, zwycięża. Uważny czytelnik w zacytowanej opowieści kosmogonicznej doszuka się także wyjaśnienia dlaczego bohater „Legendy” podróżuje akurat na Wschód. Warto też zauważyć, że w przywołanym micie Bóg przedstawiony jest jako niezwyciężony – nawet podstępne działania Złego przeciw niemu (próba zepchnięcia śpiącego) i tak ostatecznie obracają się na dobre.

Uwypuklony przez Gieysztora dualizm określał jednak nie tylko charakter i kształt „słowiańskiego” świata, ale również samego człowieka, co widać w micie antropogenicznym: „Bóg mył się w łaźni i spocił się, otarł się wiechciem i rzucił go z nieba na ziemię – czytamy w starodawnej legendzie - i wszczął spór szatan z Bogiem, kto z nich ma stworzyć człowieka. I stworzył diabeł człowieka, a Bóg włożył weń duszę. I dlatego, gdy człowiek umiera, do ziemi idzie jego ciało, a dusza ku Bogu”. „Oko do nieba / do ziemi trup”! – i w tym miejscu „Legenda” okazuje się być zgodna z archaicznymi wyobrażeniami. Dotykamy tu zresztą kolejnego ciekawego problemu: kwestii miejsca człowieka w kosmosie, a konkretnie udziału bohatera „Legendy” w omawianym kosmicznym dramacie. Wydaje się on znajdować rzeczywiście dokładnie pomiędzy antagonistami. W mitologii Słowian ta sfera zaludniona była rozmaitymi pośrednikami. Niektórych przedstawił Andrzej Szyjewski w „Religii Słowian”: znachor, wiedźma, czarownica, płanetnik. „Ich zadaniem – wyjaśniał - jest zachowywanie i przywracanie naruszonej równowagi w kontaktach z zaświatami, w relacjach między tym co destrukcyjne i tym, co życiodajne w kosmosie”. Dla nas szczególnie interesujący może być płanetnik, zwany też inaczej chmurnikiem, obłocznikiem lub zduhaczem. Gieysztor nazywa go „życzliwym duchem powietrznym”. Szyjewski mówi o płanetnikach, że „są to ludzie, którzy zostali wessani na niebo przez tęczę bądź chmurę i tam, w górze, zlecono im prowadzenie walki o żyzność, po czym odesłano z powrotem. Ich zadaniem jest gromadzenie odpowiedniej ilości deszczu i chmur ze ściąganej z ziemi wody, chronią też przed klęskami: ulewą i gradem. Ich wrogami są smoki gromadzące wodę czy też żmije”. Związek płanetników z toczącą się na przełomie zimy i wiosny kosmiczną walką jest ewidentny. Ale wspominam o nich również dlatego, że nie umiem inaczej wyjaśnić skąd wziął się w „Opowieści zimowej” „głupiec na chmurze”. „Czasem można ich dostrzec na niebie – czytamy u Szyjewskiego - w szerokoskrzydłych kapeluszach, z piorunowymi różdżkami w dłoniach, jak sznurami przeciągają chmury i zbierają grad w skórzane worki. Czasem schodzili na ziemię, by uprzedzić o zbliżającej się burzy”.




Bohater płyty wydaje się bliski takim postaciom: szepce zaklęcia („niech cię strzeże…”), ma dziwne nakrycie głowy, zaklina Złego, podkłada też ogień – jako znak dla tajemniczej „skrzydlatej istoty”. Można powiedzieć, że w tych jego aktywnościach ujawniają się rysy szamańskie. Ale w swym zmaganiu z siłami zagrażającymi światu przypomina on również, znanych ze słowiańskich legend, junaków. U Szyjewskiego mit junacki zostaje streszczony w sposób następujący: „Bohater ryzykuje wyprawę ze świata powszedniości do krainy nadnaturalnych dziwów; spotyka tam fantastyczne siły i odnosi rozstrzygające zwycięstwo, po czym wraca z tej tajemniczej wyprawy obdarzony mocą czynienia dobra ku pożytkowi swoich bliźnich”. Mamy tu więc ogólne podobieństwo w kilku kwestiach, o których już mówiliśmy. W piosenkach Armii znajdziemy również jednak bardzo znaczące szczegóły, które potwierdzają jakieś pokrewieństwo „Legendy” i mitu junackiego. Szyjewski stwierdza na przykład, że „nieodmiennym i najistotniejszym elementem wyposażenia junaka jest jego koń” – a to koresponduje z utworem „Podróż na Wschód”, gdzie tytułowa wyprawa ma się odbyć właśnie konno. Piosenka ta pasuje do mitu heroicznego także pod innymi względami. Raz, że opowiada właśnie o wyprawie ze „świata powszedniości” ku tajemniczemu Wschodowi, który z perspektywy zwykłego człowieka jest albo „za daleko”, albo też „nie ma go wcale” - zapewne można się tam spodziewać owych, wspomnianych przez Szyjewskiego, „nadnaturalnych dziwów”. Co więcej – autor ten podkreśla, że w opowieściach o junakach występuje zwykle „archaiczny motyw przeistoczenia bohaterów w elementy krajobrazu”. A przecież właśnie w „Podróży…” padają słowa: „Odwrócę twarz / I chyba zostanę górą / Gdzie ponad nic nie ma”! Opowieściom o junakach właściwy jest też motyw tzw. „winy wojownika”: ich bohater łamie często zasady, na których opiera się porządek społeczny. Bohater „Legendy” również bierze na siebie pewne społeczne odium - w utworze „To moja zemsta” pojawia się przecież owo prowokacyjne wezwanie: „Słuchajcie więc / To moja pieśń / Moja herezja / To moja zemsta”. Łamanie praw społecznych wynika zwykle z tego, że junak jest, jak to określa Szyjewski, „postacią przejścia” - stanowi w pewnym sensie klamrę łączącą ten i tamten świat[2] (dlatego jego narodziny miewają znaczenie kosmiczne: „Z powodu narodzin junackich / Młodego Wołcha Wszesławowicza / Ryby w głąb morza oddaliły się”). Jego najważniejszym zadaniem jest przy tym „w a l k a  w obronie współbraci, zmaganie się z siłami niszczącymi środowisko społeczne. Walka ta jest zwykle wzorowana na pojedynku kosmogonicznym, stąd podstawowe skojarzenia związane są jak mówiliśmy, ze zmiejoborstwem: gromowładnym bóstwem porażającym bronią piorunową wężokształtnego antagonistę”. Przyjść do głowy może tu nam też walczący ze smokiem święty Jerzy. Znów zbliżamy się tym samym do rycerskich motywów na płycie, na której przeciwnik zostaje przecież zidentyfikowany jako „bestia” („Niech bestia śpi”).

Sięgnięcie słowiańskich archetypów, z jakim mamy tu do czynienia, wydobycie tych obrazów z głębin wyobraźni, jest samo w sobie zjawiskiem bardzo ciekawym i niezwykle intrygującym. Stanowi też o oryginalności środowiska symboli używanych na płycie. Co więcej, wydaje się, że to właśnie słowiański mit, odwzorowujący budowę świata i jego przemiany, określa dramaturgię albumu, którego struktura okazuje się stanowić odbicie cyklu rocznego, a szczególnie owej kluczowej w opowieściach naszych przodków sekwencji - jesieni, zimy i wiosny - z najważniejszymi momentami: przesileniem zimowym, o którym mówi „Opowieść zimowa”, oraz wiosennym zrównaniem dnia z nocą, które stanowi tło szczęśliwego finału płyty („Dla każdej samotnej godziny”).

Tak znacząca obecność słowiańskich motywów na płycie, jak również jej wyraźne podobieństwa do Mickiewiczowskiej „Ody”, świadczą o jakimś genetycznym związku „Legendy” ze wschodnimi połaciami Europy – można poczuć, że rzeczywiście zaglądamy do jakiegoś euroazjatyckiego matecznika. Warto w związku z tym przypomnieć, co mówił o „ludziach Wschodu” Mikołaj Bierdiajew, co w nich szczególnie cenił: że „jeszcze nie wyszli ze stadium „natury”, to znaczy barbarzyństwa”, dlatego w ich duszach pozostaje wciąż „element irracjonalny, niezorganizowany i nieuporządkowany”, a także o obecnych w ich życiu „duchach przyrody”. Bierdiajew wspominał też o tym, że Ludzie Zachodu rozpatrują każdy problem przede wszystkim w jego przejawach w kulturze i historii”, Ludzie Wschodu natomiast, jego zdaniem, wypowiadają się „jak ktoś stojący wobec zagadki świata, wobec samego życia”. Można potraktować te słowa jako wstęp do naszych dalszych rozważań.

Najpierw jednak zaznaczmy, że zgodnie z ludową tradycją zimowe przesilenie wiązane jest z dniem świętej Łucji, z trzynastym grudnia. Sam Budzyński wiązał „Opowieść zimową” właśnie z tą datą. Wielu fanów Armii w związku z tym nie wyobraża sobie, żeby tego dnia, a właściwie tej nocy, nie wysłuchać płyty, nie krzyknąć wraz z zespołem „Światło, świeć!”. Ujawnia się w tym nie tylko cień jakiegoś współczesnego szamanizmu, ale też jeszcze jedno znaczenie tytułu płyty, znaczenie właściwie pierwotne: wszak zgodnie z europejską tradycją monastyczną legenda to lektura tekstu przeznaczonego na daną okazję, legenda, czyli po łacinie „to, co należy przeczytać” oznaczonego dnia.



[1] Jako że „Legenda” powstawała „wśród pól i lasów”, to można tu na marginesie wspomnieć o eksperymencie grupy Atman, którego celem było dotarcie do „słowiańskich korzeni” kultury, co odbywało się ramach warsztatów pod hasłem „Gadająca łąka” (początek lat dziewięćdziesiątych). Zwłaszcza, że z Atmanem związany był Sławomir Gołaszewski, człowiek, który miał znaczący udział w powstaniu zespołu Armia i wpływ na kształt płyty „Legenda”. Metoda dochodzenia do „słowiańskich źródeł” polegać miała na „odtworzeniu pewnych powiązań, zachowań, dźwięków i gestów w oparciu o Naturę”. Muzycy Atmana uzasadniali: „jedyne co w tym miejscu, w którym jesteśmy, zostało z czasów Słowian to krajobraz, a ogólnie rzecz biorąc Natura. W związku z tym, jeśli szukamy ciągłości kultury, trzeba być na ten fakt otwartym. Nie chodzi przecież o coś w rodzaju wykopalisk. Istotą jest to, że takie samo naturalne otoczenie w jakiś sposób kształtowało ludzi i ich sposób odbierania świata. Patrząc na korony drzew, słuchając (z pewnością identycznego) szumu wiatru doznamy być może jakichś przebłysków tych samych uczuć czy emocji co pradawni mieszkańcy tych okolic” (Wschód Księżyca. O muzyce, podróżach, kontrkulturze i ekologii – wywiad rzeka Anny Nacher z muzykami grupy ATMAN, Nowy Sącz 1995, s. 13, 42 - 43.) Podobne intuicje musiały też kierować artystyczno – naukową działalnością Macieja Rychłego i Kwartetu Jorgi (starczy wspomnieć tu o sposobie nagrywania tzw. płyty biskupińskiej z 1988 roku).
[2] Tamże, s 215. Podobnie (znów!) jest u Mickiewicza: „Dzieckiem w kolebce kto łeb urwał Hydrze, / Ten młody zdusi Centaury; / Piekłu ofiarę wydrze, / Do nieba pójdzie po laury”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz