sobota, 5 stycznia 2013

6. Furcht oder Angst: „Legenda” egzystencjalna

Pozostawiając na razie na boku wcześniej omawiane zagadnienia - kwestie mitologiczne i ich wpływ na strukturę płyty, sprawy obecnych na płycie różnych odniesień kulturowych - trzeba by wreszcie zająć się samą treścią płyty, jej głównym tematem. Należy przypomnieć, że już wcześniej pojawiały się próby takiego całościowego określenia „Legendy”: najbardziej znana i utrwalona w środowisku fanów zespołu jest interpretacja, której dokonał antropozof Jerzy Prokopiuk. W muzyce Armii usłyszał on „wrzask świata, o którym mówili gnostycy starożytni. Wrzask ten – pisał – ma zagłuszyć wołanie duszy ludzkiej uwięzionej w materii – jest to wrzask żyjących w niej demonów. Ale nie tylko – dodawał – do wrzasku tego dołącza się także człowiek. Dołącza się on swoim krzykiem – krzykiem rozpaczy i wołania o pomoc”. Również w tekstach „Legendy” autor „Labiryntów herezji” dostrzegł liczne odniesienia do manicheizmu, do gnozy, określił wręcz „Legendę” jako „perłę poezji gnostyckiej”. „W (dokładnie) dziesięciu tekstach Budzyńskiego – stwierdzał – przewija się przed nami cały mit gnostycki we wszystkich swych najważniejszych kategoriach: wrzucenia człowieka w świat, jego rozpaczy, jego buntu, jego nadziei na wyzwolenie – i jego wyzwolenia, podróży na Wschód”. Filip Memches natomiast, podnosząc konfesyjny charakter płyty, podjął dyskusję z interpretacją Prokopiuka: widział w „Legendzie” „bunt przeciw buntowi”, czyli przeciw „wiecznej kontestacji – istocie gnostyckiego mitu”. Bunt ten, jak twierdził, wyraża się na płycie w odwołaniach do głębokiej, chrześcijańskiej tradycji.

Z obu tymi interpretacjami wypada mi się zgodzić, a jednocześnie obie w jakimś stopniu zakwestionować. Ale przede wszystkim proponuję zacząć w innym miejscu. Otóż wydaje mi się, że „Legenda” jest dziełem, które przede wszystkim, w specyficzny sposób, przez pryzmat tajemniczych przeżyć bohatera płyty, przedstawia pewne głębokie doświadczenia egzystencjalne. Doświadczenia niezwykle intensywne, dynamiczne, a dla bohatera płyty wręcz fundamentalne. Można by więc nawet zaryzykować twierdzenie, że „Legenda” jako całość odtwarza schemat narracyjny Bildungsroman, czyli powieści o formowaniu: mówi wszak o podróży, która dla bohatera stanowi istotny krok ku dojrzałości, ku określeniu samego siebie wobec zagadek świata.  Myślę, że możemy nawet mówić tu o jakimś rodzaju inicjacji duchowej.




Początek podróży, pierwsze doświadczenia są zdecydowanie negatywne – mówiliśmy już o tym: przebywanie w zamkniętym pomieszczeniu z nikłymi szansami na wydostanie się, obrazy ciemnej nocy, które określają wyjściową sytuację bohatera płyty - rzeczywistość w której się znajduje. Ta rzeczywistość, opisywana jako widmowy „bezsenny kraj”, posiada - trzeba to podkreślić - wiele cech infernalnych. Przebywanie w niej oznacza wyobcowanie, alienację („sam na sam, na resztę świata, zupełnie sam”, „ktoś biedny i sam”). Ale przede wszystkim oznacza śmierć („tu mnie wrzucono by żywcem zjeść, by pić moją krew” i „do ziemi trup”) a także zadawanie śmierci („jesteśmy sami, jesteśmy mordercami”). Bohater „Legendy” jest w tej rzeczywistości całkiem wyobcowany - „sam na sam, na resztę świata, zupełnie sam” („To moja zemsta”). Bardzo wyraźne jest właśnie to przeciwstawienie samotnego indywiduum światu (jak powiedziałby Witkacy), czyli przeciwstawienie „ja” – „nie ja”. Pojawia się też motyw maski noszonej wobec świata, problem „egzystencji na niby”. Wspomnijmy „prawdziwe życie”, które „jest nieobecne” („To moja zemsta”) czy „biały śnieg” z „Legendy” (można go rozumieć właśnie jako symbol ulotnych wartości, tak jak „śmieci” z „Niezwyciężonego”), czy wreszcie słowa: „Nie jestem tym / Za kogo mnie masz”. Wyraźny rozdźwięk między światem wewnętrznym bohatera płyty a światem zewnętrznym staje się przyczyną poszukiwania przez niego innej, prawdziwszej tożsamości.

Wśród uczuć, których doświadcza samotny bohater płyty wobec „świata” odnajdujemy te, które filozofowie – egzystencjaliści uznawali za bardzo istotne: nudę, lęk i tęsknotę. Spójrzmy jak opisywał je Bierdiajew. „Nuda mówi o pustce panującej w niższym świecie – czytamy w jego „Autobiografii filozoficznej” -  nie ma nic bardziej beznadziejnego i straszniejszego niż pustka nudy. W tęsknocie jest nadzieja, w nudzie brak nadziei”. I dalej: „Lęk mówi o niebezpieczeństwie grożącym ze strony niższego świata”, zaś „tęsknota skierowana jest ku wyższemu światu i towarzyszy jej poczucie nicości, pustki, zniszczalności tego świata. Tęsknota zwrócona jest ku temu, co transcendentne, ale równocześnie oznacza niemożliwość połączenia się z tym, co jest transcendentne, otchłań między mną a transcendencją. Tęskni się za tym, co transcendentne, co jest inne niż ten świat, co przekracza granice tego świata. Tęsknota mówi o samotności wobec transcendencji. Jest to doprowadzony do ostateczności konflikt między życiem w tym świecie i w świecie transcendentnym. Tęsknota może pobudzać świadomość istnienia Boga, ale jest także przeżyciem opuszczenia przez Boga”.

Opis ten nie tylko, że zawiera znaną już nam, charakterystyczną dla „Legendy”, wizję świata („świat niższy”, „świat wyższy”), ale też zaskakująco odpowiada doświadczeniom bohatera płyty. Pustkę nudy na „Legendzie” obrazują słowa, które rozbrzmiewają w „bezsennym kraju” - „Nie żyję / I nie umieram / Przeważnie jestem niczym” („Nie ja”). Niebezpieczeństwo ze strony niższego świata było już tematem naszych rozważań („Opowieść zimowa”). Sam lęk również artykułowany jest na płycie w wielu miejscach. Kiedy pod „ciemnym oknem / wieje wiatr” (Gdzie ja tam będziesz ty”), kiedy cień pada „z okna na zmierzch” i mowa jest o śmierci, gdy pojawia się „ciemna magiczna moc” („Legenda”). Lęk budzą też obrazy zawarte w utworze „To czego nigdy nie widziałem”: jeździec bez głowy, świat pełen morderców, śmierć i ogień. W takim miejscu rodzi się tęsknota za światem innym, dążenie by tej innej rzeczywistości dosięgnąć. Słowom Bierdiajewa o tęsknocie, która „zawiera się między transcendencją a otchłanią niebytu”, odpowiada na płycie wspominany już początek „Przebłysku”: „Oko do nieba / Do ziemi trup / Pomiędzy tym żałosna lampa słów”. Świadomość istnienia Boga i poczucie bycia przez Niego opuszczonym obrazują zaś słowa: „Aniołowie powoli wracają do nieba / A my na dole patrzymy do góry / I każdy z nas umiera od nowa / Bo jesteśmy sami”. „Podobno budujesz swój mały dom / Pośrodku jałowej ziemi”…

Ale rozpacz, której doświadcza bohater płyty może, paradoksalnie, okazać się jego siłą. Jak pisał Lew Szestow: „Początkiem filozofii nie jest zdziwienie, lecz rozpacz. Tak długo jak człowiek chce tylko wiedzieć, tak długo nie dotknie tajemnic bytu. Tylko rozpacz może go zaprowadzić do brzegu tego, co istnieje”. Bohater płyty doświadcza rozpaczy, bo nie wystarcza mu ten świat, nie godzi się z jego piekielnymi prawami. Pragnie innego - tego „za którym się / Nie goni nawet i we śnie” („Opowieść zimowa”). Postawiony, tak jak „podziemny człowiek” Dostojewskiego, wobec ściany[1], czyli nieustępliwych, dowiedzionych naukowo praw, ośmiela się je lekceważyć i wierzy, że coś znajduje się po drugiej stronie muru. Bardziej ufa swojej intuicji, marzeniom i snom, porywom serca niż obiektywnym prawdom. I na końcu „Legendy” za swoją pasję zostaje nagrodzony: przelotnym blaskiem wieczności, doświadczeniem, które choć przeminie, to zostawi na dnie duszy niezapomniane wspomnienie.




Warto zwrócić uwagę na to w jaki sposób owo mistyczne doświadczenie został na płycie ukazane, w jaki sposób je wprowadzono. Zacznijmy od Bierdiajewa, który podkreślał, że „lęk, zawsze związany z niebezpieczeństwem empirycznym, należy odróżnić od  p r z e r a ż e n i a, wiążącego się nie z niebezpieczeństwem empirycznym, a transcendentnym, z tęsknotą bytu i niebytu”. Przypominał też, że „Kierkegaard odróżnia Angst od Furcht”, gdyż „według niego Angst jest pierwotnym fenomenem religijnym”. Myśl tę rozwinął Rudolf Otto, opisując doświadczenie misterium tremendum et fascinans, które ma przejawiać się właśnie w irracjonalnym lęku: o różnym natężeniu, ale przeżywanym zawsze w oderwaniu od życia codziennego, a to dlatego, że jego źródła – co wyraźnie podkreślał niemiecki fenomenolog - znajdują się poza rzeczywistością dostępną zmysłom (mogą więc wydawać się urojone). Misterium tremendum - „przerażająca tajemnica” – to, według autora „Świętości”, sposób w jaki człowiek postrzega numen, czyli boskość. Poczucie grozy, wywołane przez zetknięcie się z „innym wymiarem”, z „nadrzeczywistością”, wywoływać może bardzo silne reakcje: niemiecki badacz pisze o osłupieniu, stuporze. „Jak cicho obok nas / Jak cicho tu i tam / I niemy krzyk, gdy serce drży” – słyszymy w „Opowieści zimowej”. I dalej: „Nie mogę znieść / Nie mogę ci nic powiedzieć” - wszak doświadczenie misterium tremendum, według Otto, zwykło wymykać się pojęciom, można o nim powiedzieć dokładnie „tyle co nic” (znów cytat z piosenki Armii).

Zaskakujące i niezwykle intrygujące jest to, jak precyzyjnie „Legenda” oddaje poszczególne elementy misterium: grozę, majestat, moc i tajemnicę. Majestat, w ujęciu Rudolfa Otto, ma wywoływać reakcję, która wyraża się w słowach: „ja jestem niczym, Ty jesteś wszystkim”. „Ty jesteś drogą, jesteś brzegiem dnia / Ty jesteś kluczem, Ciebie świat nie jest wart – mówi „Legenda” („Przebłysk”) - Przyniosłeś ogień, beztroski śmiech / Reszta jest  n i c z y m”. I dalej: „Cały mój świat / Nie znaczy  n i c / Ja Ciebie ścigam / Wołam Cię aby żyć”. Moc na „Legendzie” rysuje się na przykład w obrazach z, nomen omen, „Niezwyciężonego”: widzimy tam ową orlą potęgę, która powoduje, że „szarańcza pożera olbrzymów / i woda tryska ze skał”. „Legenda” obrazuje to wszystko nie tylko słowem, ale również samą muzyką, co już trudniej tu zwerbalizować. Płyta zdecydowanie jednak wyróżnia się atmosferą tajemnicy i dziwności - właściwym środowiskiem misterium. Owa tajemnica ma w dodatku na płycie cechy, które wyraźnie podkreślał Otto: jest paradoksalna, irracjonalna i antynomiczna: boskość jest na „Legendzie” z jednej strony odległa i straszna, a z drugiej bliska, wręcz najbliższa człowiekowi („Podobno mieszkasz tak blisko / Najbliżej jak tylko się da”); mimo majestatu kryje się w czymś nieskończenie małym („najmniejszy ptak”); mimo potęgi buduje „mały dom pośrodku jałowej ziemi” („To, czego nigdy nie widziałem”). Osobną, tajemniczą i budzącą lęk kwestią jest ów konflikt, o którym była mowa wcześniej - wzajemna relacja sił pozytywnych i destrukcyjnych w funkcjonowaniu świata.

Misterium jednak, zgodnie z opisem Otto, nie tylko budzi grozę, ale również, jako  misterium tremendum et fascinans, fascynuje. Jego przeżycie, jego doświadczenie, jest dla człowieka czymś nie tylko niezwykłym, wstrząsającym, ale też ważnym i ostatecznie pozytywnym, owocuje bowiem doświadczeniem miłości, łaski i zbawienia – to druga strona misterium. I tu dostrzegamy też drugą stronę „Legendy” - płyta mówi przecież o pewnym przełamaniu, otwarciu, „odczarowaniu” rzeczywistości[2], przedstawia na mrocznym tle rozbłyski nadziei, unaocznia złotym światłem ulotny moment przeczucia zbawienia. Fascynacja, miłość i nadzieja, z jaką człowiek zwraca się ku numen, spotyka się z łaską spływającą z góry. Tę sytuację najlepiej opisują zwłaszcza trzy utwory z płyty: tytułowa „Legenda” oraz „Trzy bajki” i „Dla każdej samotnej godziny”.

Warto zwrócić uwagę na to, jak subtelnie oddają one dialektykę kontaktów człowieka z numen. Najpierw „Legenda”: utwór o dużym ciężarze gatunkowym, prawdziwy, można powiedzieć, „egzystencjalny cios”. Pojawia się w nim jednak też dość nieoczekiwany element na obrzeżu głównych tematów: ten zabawny, czterodźwiękowy motyw grany na gitarze basowej. Utwór zdaje się ruszać, rozpędzać, podążając właśnie za nim, lecz on znika. Pojawia się jednak później w zawirowaniach kompozycji, przypomina o sobie, jakby mrugał z oddali, jakby wzywał by za nim iść. „Czasem prawie pewny był, że mu Tamten daje znak” – śpiewał Jan Krzysztof Kelus w jednej ze swych piosenek[3]. „Skąd ten blask, ten w dali ptak / Skąd w białej mgle zniszczony płaszcz?” można by zapytać, sięgając do innego fragmentu płyty. Nie wiadomo, nie ma pewności, ale nie przeszkadza to bohaterowi „Legendy” zaśpiewać: „Unieś dokąd chcesz / Czerwoną krew / Biały śnieg / Zabierz precz / Powolną śmierć / I martwy sen / Dokąd chcesz”. Bardzo jest tu charakterystyczne, że to co wydaje się najważniejsze „Legenda” mówi nie używając słów. Takie są również „Trzy bajki”. Wyróżniające się formalnie, wyabstrahowane swą matematyczną regularnością, zdają się być wybitym w monolicie „Legendy” oknem, przez które wpada wiatr, są jak maswerk w postaci trójliści, witraż przez który przenikają promienie słońca. Bo to też obraz tego, co pojawia się ponad człowiekiem, ponad jego zapętlonymi emocjami. Czegoś co jest bardziej inteligibilne niż zmysłowe.

W strukturze dramaturgicznej albumu ważniejsza rola przypada jednak finałowemu „Dla każdej samotnej godziny”. Już wcześniej uznaliśmy ten utwór za obraz wiosennego zwycięstwa nad Złym. Tu trzeba powiedzieć o szczególnej atmosferze, o radykalnej odmienności brzmieniowej tego miejsca „Legendy”, które rzeczywiście wydaje się być oświetlone światłem pochodzącym już z innego świata. Znów moment największej bliskości numen przedstawiony zostaje praktycznie bez słów. Zagadkowe, niesłyszalne „ciebie zachowam”, zaczerpnięte z Becketta, odgrywa tu dość szczególną rolę: umożliwia zamknięcie całej zawartości tekstowej „Legendy” między głoskami tworzącymi świętą sylabę hinduizmu „OM” (to pierwsza i ostatnia litera podstawowego materiału płyty). Sylaba ta, według hinduskiej tradycji, odtwarza pierwotną wibrację, dźwięk powstania wszechświata - dźwięk, który w historii mówiącej o jego odradzaniu się też może znaleźć swoje miejsce.

To jednak tylko ciekawy drobiazg - dalece istotniejsze na „Legendzie” są odniesienia do tradycji duchowej chrześcijaństwa. Należy tu przyznać rację Memchesowi. Wydaje się jednak, że jego konfesyjne ujęcie chrystianizmu „Legendy” nie jest do końca adekwatne. Ważniejszy jest jego aspekt egzystencjalny. Chrześcijaństwo na „Legendzie” nie służy bowiem porządkowaniu rzeczywistości, nie tworzy też kategorii moralnych. Jest za to sprawą życia i śmierci, jest odpowiedzią na egzystencjalny dramat człowieka. Prokopiuk z kolei doskonale wydobył w swej analizie dramatyzm sytuacji człowieka, ale na tym właściwie poprzestał, kiedy na płycie jest to zaledwie, jak widzieliśmy, punkt wyjścia. Co więcej, po gnostycku negatywna ocena empirycznej rzeczywistości nie jest na „Legendzie” oceną jedyną. Wcześniej przecież poświęciliśmy wiele miejsca wątkom kosmiczno – mitologicznym, które uobecniają na płycie urok, tajemnicę i majestat natury. Do tego wątku będziemy musieli za chwilę powrócić.



[1] „…a no, ma się rozumieć, prawa natury, wywody nauk przyrodniczych, matematyka. Jeżeli ci na przykład dowiodą, że pochodzisz od małpy, to już nie ma co się krzywić, musisz to przyjąć. (…) – musisz się z tym zgodzić, nie ma rady, albowiem dwa razy dwa – to matematyka. Spróbuj tylko zaprotestować. Ależ – zawołają – nie można oponować: dwa razy dwa – cztery! Natura cię nie pyta; jej nie obchodzą ani twoje pragnienia, ani to, czy ci się jej prawa podobają, czy nie podobają, Musisz przyjmować ją taką, jaka jest, a zatem i wszystkie jej twory. Ściana więc, to ściana…” (F. Dostojewski, Notatki z podziemia, Warszawa 1992, s. 14 – 15.) – „mówili znawcy”!
[2] Na marginesie: Na zajęciach profesor Śnieżyńskiej – Stolot (z historii idei), dawno temu, usłyszałem historię dotyczącą spraw zbiorowej podświadomości, którą podobno opisał gdzieś Jung. Chodziło o to, że grupa turystów, zagubiona w górach wśród turni, traciła już nadzieję na uratowanie. W pewnym momencie wszyscy mieli podobną halucynację: widzieli człowieczka w dziwnej czapeczce, postać, którą w baśniach nazywa się zwykle krasnoludkiem. Dzięki temu, nazwijmy to, wytworowi wyobraźni, a wg Junga postaci ze zbiorowej podświadomości rodem, odzyskali nadzieję i odnaleźli bezpieczną drogę. Już wtedy przyszło mi do głowy, że być może sceniczna kreacja Tomasza Budzyńskiego, wyskakującego na scenę w czapce błazna (która w gruncie rzeczy nigdy żadnych stricte błazeńskich konotacji, poza formą, nie miała), jest może jakimś odbiciem takiej postaci: przynosi ratunek („ogień, beztroski śmiech”) w sytuacji, racjonalnie patrząc, beznadziejnej. Tak jak Tom Bombadil we „Władcy pierścieni” Tolkiena.
[3] Dalsze wersy: „Szarych gęsi spłynął nań różaniec / W stepie znalazł ostu kwiat” - piosenka „O dwóch takich co się szukali po drogach” (o rycerzu!). 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz