sobota, 5 stycznia 2013

9. Bóg

Mówiliśmy dotychczas o naturze, traktowanej jako sfera objawień ducha, przytaczaliśmy słowiańskie mity, w których pojawia się bóstwo (religioznawcy utożsamiają je z Perunem), opisywaliśmy numen, przejawiające się w misterium tremendum et fascinans, zatrzymywaliśmy się nad chrześcijańską inwokacją płyty, nad różnymi przejawami boskości na „Legendzie”. Wszystkie te tropy jednak w pewnym momencie się urywają. Dzieje się tak dlatego, że wizja „Legendy” pozostaje zaskakująco konsekwentnie zgodna z duchem teologii negatywnej, a przecież „tradycja patrystyczna stanowczo przeczy wszelkiemu bezpośredniemu oglądaniu Istoty Bożej, która jest absolutnie niepoznawalna, i uznaje jedynie wizję światłości Bożej znajdującej odbicie w oczyszczonej duszy, która z kolei „przyjmuje w siebie krąg słońca” i pogrąża się w uczuciu bliskości Boga”.

Wydaje mi się niezwykłe, że „Legenda” raczej wyraża tę niepoznawalność, niż próbuje określić to, co wymyka się określeniom. Uchyla okno, tak że do pomieszczenia wpada blask świata zewnętrznego, ale nikt nie próbuje nazywać tego co na zewnątrz się znajduje. W niezwykły sposób oddaje też przepaścistą nieporównywalność rzeczywistości ziemskiej i niebiańskiej. Tam gdzie ta druga zdaje się wkraczać w świat empiryczny, w jednolitym muzycznym materiale płyty pojawiają się dziury. Mam tu (znów) na myśli znacząco oparte na cyfrze „Trzy bajki” oraz wyróżniający się brzmieniem burzowo – akustyczny „Dla każdej samotnej godziny”. Słuchając niezwykłej partii klarnetu Sławomira Gołaszewskiego w tym ostatnim utworze można przypomnieć sobie słowa Bierdiajewa o tym, że „prawdziwe poznanie polega na tym, że tajemnica coraz bardziej się pogłębia”.

Można próbować uchwycić różne aspekty boskości na „Legendzie”, różne jej personalizacje związane z konkretnymi fragmentami płyty, ale to opierałoby się już tylko i wyłącznie na przeczuciach i intuicji. Można też powiedzieć, że tak naprawdę na „Legendzie” światła jest bardzo mało. A jednak trzeba przyznać, że świeci ono wyjątkowo czystym i głębokim blaskiem. Jak flakonik Galadrieli[1]. Z drugiej strony kładzie się ono właściwie bardzo niejednoznacznie, delikatnie - dlatego przypomina stosowaną w ikonopisaniu asystkę. "Asystka nigdy nie ma postaci jednolitego, masywnego złota – pisał przed stu laty Eugeniusz Trubieckoj - jest to jakby eteryczna, powietrzna pajęczyna cienkich złotych promieni...". "Oświecenie Bożym światłem, nierzadko poprzez użycie asystki, odnosi się także do otoczenia - tych jego fragmentów, które już weszły w życie Boże i są przedstawione jako bezpośrednio bliskie Bogu".


[1] „W tym krysztale zamknięte jest w wodzie z mojego źródła światło gwiazdy Earendila. Jaśnieć będzie tym promienniej, im głębsza noc cię otoczy”. (J. R. R. Tolkien, Władca Pierścieni. Wyprawa, Warszawa 1990, s. 508.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz